Wczoraj, nie mogąc spać tchnęła mnie pewna myśl. Oczywiście, zawsze kiedy myślimy o czymś przed spaniem wydaje to się nam być pomysłem genialnym po czym natychmiast zasypiamy a rano nie pamiętamy nic a nic z tych super myśli. Gdyby tylko odrobina lenistwa wdarła się we mnie- to i tym razem ta myśl nie ujrzałaby światła dziennego. Ja tymczasem, w ochronie natrętnych myśli zapisałam szkielet tego co mi przyszło do łba :).
Fenomen Disneya.
Od kiedy pamiętam- byłam zauroczona wszelkimi animacjami z wytworni Walta Disneya. Rzadko można było zobaczyć w telewizji filmy pełnometrażowe ale szczęśliwie załapałam się na kilka. W pierwszych moich kontaktach jednak natykałam się na Myszkę Miki, Kaczora Donalda, Goofiego. Do dziś dzień wspominam odcinek jak Mickey, Goofy i Donald jechali wozem po krętych górskich drogach i jedli śniadanie. A pochłaniana kukurydza przy dźwiękach muzyki, równiutko, jak na maszynie do pisania wyglądała tak fantastycznie, że wszystko co chciałam robić to nauczyć się tak jeść.W czasach gdzie telewizja nie była tak powszechna jak teraz, komputery i internet występował jako rarytas- produkcje Disneya były czymś naprawdę imponującym.
Zauważyłam jednak, że z upływem lat bajki te nie straciły wiele na wartości, wręcz przeciwnie. Gdy media traktują nas sieczką, zastraszają, mamią, okłamują- świat Disneya trwa. Rozwija się dostosowując do czasów i oczarowuje kolejne pokolenia.
Włączając np Cartoon Network i widząc bajki, których z pewnością nie chciałabym pokazać naszemu Tornadzie łapie się za głowę, po czym przełączam na Disney Junior i.... Sama oglądam z ciekawością. Bajki są ładne, łagodne, pokazujące podstawowe wartości. Czego chcieć więcej? No właśnie. Jest i ciemna strona medalu.
Za całą tą otoczką baśni, księżniczek, stworków kryje się bezwzględny światek komercji. Za każdą bajką, postacią, kreacją podąża potężny marketing, wielka zarzucona na przeciętnego zjadacza sieć.
Bo nie wystarczy przecież kupić DVD z bajką. Bajka owszem, będzie oglądana raz po raz. Do bajki często trzeba będzie kupić różne akcesoria, które pomogą dziecku wejść głębiej w ten świat. Utożsamić się z postacią z bajki, tworzyć własne historie, kreacje, pozwolić poczuć się kimś innym, perfekcyjnym, dzielnym, pięknym, zabawnym...
Ale czy na pewno trzeba? Nie trzeba. Można, owszem, ale patrząc głębiej, nie dałoby się zrobić tego samego bez nakładów finansowych, bez zawalania tych i tak już nie największych pokoi? Czy nie można stworzyć zamku z pudełka po płatkach, peleryny z zasłony a warkocza z włóczki? Można, wszystko można, jednakże pochłania to więcej czasu, energii i wymaga kreatywności.
Już kiedyś wspomniałam, że czasy mnie nie rozpieszczają, pogoń za szczęściem, które ciężko dogonić rzuca mnie do walki z systemem, samą sobą, każe wybierać pomiędzy i tak nie do końca dobrymi opcjami. I czas skraca się, ciało i umysł się męczą, kreatywność spada, chęci się kończą a zmęczenie odbiera chęci do działania.
Z czułością wspominam jak pracowałam 5 godzin nad kostiumem żyrafy. Marzenie Tornada zostało zrealizowane mimo braku czasu, zdrowia i energii. Motorem napędowym była miłość i chęć wywołania uśmiechu na tej promiennej, szczerbatej buzi. Byłam z siebie niezmiernie dumna i mimo wszystkich następstw zdrowotnych uważam, że było warte. Tzw siła wyższa. Oto efekty:
Ale do sedna.
Jak wspomniałam wyżej- nie trzeba kupować tych wszystkich rzeczy, książek, ubrań. Ale wytłumacz to dziecku, które chce, widzi że inni mają i robi te swoje kocie oczy... Czasami człowiek musi, inaczej się udusi.
W tym roku Maya zażyczyła sobie pod choinkę wszystko z Frozen... Nie lalkę, film, książkę, Ona chce wszystko! Serce matki zbyt miękkie, żeby zignorować tę jakże wielką prośbę, wyrwało się do działania żeby niemalże od razu ponieść porażkę... A czemu? A może dlatego, że już 4 tygodnie przed świętami niemal wszelkie atrakcje Frozen zostały wykupione. I tu właśnie koło się zapętla. Jak wielkie zapotrzebowanie, jak wielki szał ogarnia ludzi, żeby kupić te zabawki swoim dzieciom.
Suma summarum poprzestałam na pościeli i naklejkach na ścianę a inni niech się trudzą i szukają. W tym roku stawiam na Święta przez duże Ś. Rodzina, tradycyjne potrawy i ciepło. Bez pogoni za Księżniczkami Disneya. Wolę żeby Maya pobawiła się klockami i poczytała trochę niż bawiła się w księżniczkę.
Naszą małą księżniczką i tak już jest i nic tego nie zmieni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz