Czasami choćby nie wiem jak się człowiek starał- po prostu się nie da.
Staje się na rzęsach, czołga pod dywanem albo leci na miotle- klops! Spóźnienie albo niezdążenie...
Nie cierpię się spóźniać a jeszcze bardziej nie cierpię spóźnialskich. Nie cierpię nie zdążyć!
Zastanawiałam się kiedyś- dlaczego tak bardzo irytuje mnie jak ktoś się spóźnia.
I po paru latach przyszła do mnie odpowiedź:
Czekanie stresuje.
Nie jest ważne czy to kolejka, oczekiwanie na przesyłkę, gościa lub wydarzenie. Emocje dają znać o sobie w każdym z tych przypadków.
Oczekujesz czegoś- a jak długo musisz na to czekać- stan gotowości daje ci się we znaki a także wywiera jakiś taki ucisk na psychikę.
Tylko po co to komu potrzebne ja się pytam? Ten stres? Czy warto z powodu takiej pierdoły tracić nerwy? Zjadać paznokcie albo kląć pod nosem?
Nie. Nie warto. Spróbuj to jednak wytłumaczyć swojej mózgownicy! Lata ćwiczeń a ja wciąż się irytuję w takich sytuacjach.
Gdyby tak dało się użyć jakiegoś czasozmieniacza... Wtedy i wilk byłby syty i owca cała...
Chociaż, może lepiej nie igrać z czasem???
Maya.Tornado i tajfun przy niej, wydają się być lekką bryzą... I my, dumni rodzice. Wszyscy na tropie wielkiej przygody zwanej życiem
piątek, 14 października 2011
jeszcze jedna wypocinka... Jeszcze ze szkoły średniej ;)
Siedział raz pijany Bolek,
Wybił już ze dwa jabole,
I rozmyślał nad swym życiem:
- Może skończyć wreszcie z piciem,
I przerzucić się na trawkę...
Wtedy będę miał zabawkę,
Znikną złości i zmartwienia,
Zniknie też chęć do jedzenia,
Bo to teraz taaakie drogie
A pracować? Ojjj, Nie mogie!!
Jeszcze nazbyt się przemęczę,
I myślami się zadręczę,
Że do domu wrócę później,
I do kina też się spóźnię,
I na mecz nie dojdę wcale...
Zresztą- ja to wszystko WALĘ...
Wybił już ze dwa jabole,
I rozmyślał nad swym życiem:
- Może skończyć wreszcie z piciem,
I przerzucić się na trawkę...
Wtedy będę miał zabawkę,
Znikną złości i zmartwienia,
Zniknie też chęć do jedzenia,
Bo to teraz taaakie drogie
A pracować? Ojjj, Nie mogie!!
Jeszcze nazbyt się przemęczę,
I myślami się zadręczę,
Że do domu wrócę później,
I do kina też się spóźnię,
I na mecz nie dojdę wcale...
Zresztą- ja to wszystko WALĘ...
niedziela, 9 października 2011
W ławce na parku :)))
Jesień
Idzie jesień w wielkich butach,
Worek liści niesie.
Wszystkie dzieci są wnerwione,
Bo się zaczął wrzesień!
A z jesienią i wraz z wrześniem,
Trzeba iść do szkoły...
Wygrzebałam to w archiwach Marcina Dańca.
Mamy już październik, ale jakoś udało nam się wyłapać ostatni piękny, bezdeszczowy, chociaż nieco chłodny dzień. Zabawa była przednia. I chociaż to Tornado biegało a ja większość czasu przesiedziałam na ławce w parku- było naprawdę super!
Idzie jesień w wielkich butach,
Worek liści niesie.
Wszystkie dzieci są wnerwione,
Bo się zaczął wrzesień!
A z jesienią i wraz z wrześniem,
Trzeba iść do szkoły...
Wygrzebałam to w archiwach Marcina Dańca.
Mamy już październik, ale jakoś udało nam się wyłapać ostatni piękny, bezdeszczowy, chociaż nieco chłodny dzień. Zabawa była przednia. I chociaż to Tornado biegało a ja większość czasu przesiedziałam na ławce w parku- było naprawdę super!
sobota, 8 października 2011
Tato, kup rowerek, taki co ma Felek, Maciuś i Bożenka. Ja nie mam rowerka!
Mały rowerek Maya miała,
Duży rower też dostała,
Lecz nie daje się naprawić,
Więc się nim nie mogła bawić.
Aż tu nagle dnia pewnego...
Zdarzyło się coś nowego,
No bo jeden z pracy pan,
Co ma córkę już niemałą,
Zdecydował sprzedać rower,
gdyż mu miejsca brakowało.
Mayi tata ucieszony,
Zaraz spytał swojej żony,
Bo okazja jest niemała,
I by ich uradowała.
Żona podchwyciła pomysł,
I od razu, dnia drugiego,
Pewien mały śliczny rower,
Właściciela miał nowego.
Był z rowerkiem mały kłopot,
Lecz dość szybko rozwiązany,
Miał on bowiem 2 kółeczka
Więc nie ustabilizowany.
Mama bierze klucze w ręce,
Tu pokręci, tam dokręci,
Wystarczyło trochę siły,
Entuzjazmu no i chęci.
Cała ta historia,
Tak się potoczyła,
Że szczęśliwa Maya
rowerkiem pojeździła!!
Duży rower też dostała,
Lecz nie daje się naprawić,
Więc się nim nie mogła bawić.
Aż tu nagle dnia pewnego...
Zdarzyło się coś nowego,
No bo jeden z pracy pan,
Co ma córkę już niemałą,
Zdecydował sprzedać rower,
gdyż mu miejsca brakowało.
Mayi tata ucieszony,
Zaraz spytał swojej żony,
Bo okazja jest niemała,
I by ich uradowała.
Żona podchwyciła pomysł,
I od razu, dnia drugiego,
Pewien mały śliczny rower,
Właściciela miał nowego.
Był z rowerkiem mały kłopot,
Lecz dość szybko rozwiązany,
Miał on bowiem 2 kółeczka
Więc nie ustabilizowany.
Mama bierze klucze w ręce,
Tu pokręci, tam dokręci,
Wystarczyło trochę siły,
Entuzjazmu no i chęci.
Cała ta historia,
Tak się potoczyła,
Że szczęśliwa Maya
rowerkiem pojeździła!!
piątek, 7 października 2011
Od tak tylko
Bo mnie tak tknęło żeby wyjrzeć na zewnątrz. I nazachwycać się nie mogę jakie piękne niebo dzisiaj. Szkoda tylko, że już nie ma świerszczy nigdzie i że nie mogłam liczyć na idealną ciszę. Nie można mieć wszystkiego, bo i po co, jeśli nie byłoby wtedy rzeczy małych z których można się cieszyć. Duże rzeczy są fajne, ale to te małe nadają nam sens życia!!
Bo natura to coś co tygryski lubią najbardziej!
Bo natura to coś co tygryski lubią najbardziej!
niedziela, 2 października 2011
No to się wybrałyśmy...
Po bardzo pracowitej sobocie przyszła gorąca, słoneczna niedziela.
Tornado rozpierane energią od rana, zaczęło szaleć, więc musiałam wymyślić coś, co zajmie ją na tyle, by chociaż odrobinę tej energii spożytkowała... Wymyśliłam kąpiel słoneczną na farmie, gdzie samemu można sobie pozbierać owoce i warzywa. Strzał w dziesiątkę. W samochodzie pytałam się Panny Milczyńskiej czy się przypadkiem nie obraziła, bo nie wypowiedziała ani jednego słowa. Odpowiedziała
- Nieee, oglądam owieczki!
No tak, a ja dziecku przeszkadzam, jakimiś głupimi pytaniami, podziwiać naturę.
Ponieważ na farmie byliśmy już nie po raz pierwszy, gdy tylko dotarłyśmy na miejsce, zaraz usłyszałam okrzyki: Agrest! Truskawki! Porzeczki!
Moje tłumaczenie, że już dawno po sezonie na te owoce, dziecię moje zareagowało zawiedzionym
- Ooooł!
Z siłą wodospadu otworzyła drzwi samochodu żeby wysiąść i żywo zabrała się za szukanie odpowiedniej taczki. Każda była brudna w środku. Wypatrzyłam jedyną czystą i w ostatniej chwili udało mi się powstrzymać Pannę Skoczkę przed wskoczeniem do tej taczki.
I tak oto na farmie:
Ja zbierałam maliny- Maya je podjadała lub zbierała kwiatki.
Ja zrywałam słonecznik- Maya zawierała nowe przyjaźnie.
Ja wygrzebywałam buraczki- Maya zapoznawała się z obsługą wideł.
Ja próbowałam wydłubać z ziemi pietruszkę- Maya zapoznawała się z budową kłosa żyta.
Ja dłubałam widłami w ziemi w celu wydobycia marchwii- Maya biegała dookoła taczki.
Ja zbierałam kukurydzę- Maya... Pomagała!
Ja buszowałam w kalafiorze- Maya sprawdzała zawartość taczki.
Ja po pora- Maya w pomidory.
Ja po brokuły- Maya po reklamówkę, bo mi zabrakło.
Cebulę już zbierałyśmy razem, chociaż jakże nudne staje się to zajęcie po 30 sekundach, kiedy wokół tyle kwitnących chwastów.
Przy okienku, kiedy pani ważyła naszą zdobycz, zorientowałam się, że Tornado oddaliło się w ściśle znanym mi kierunku- mianowicie placu zabaw. Za mną gigantyczna kolejka, taczka mi się wykoleiła, nikt nie pomógł, potem w ręku dwa lody i 50 reklamówek do zapakowania do taczki a Mayki nie ma. Jednakże... Kobieta potrafi. Z cieknącymi po ręce lodami załadowałam taczkę, zawołałam Tornado, oddałam jednego loda a później wzięłam reklamówkę i poleciałam zbierać... Kasztany.
Pozbierałyśmy całą zdobycz i zapakowałyśmy torby do samochodu. Pognałyśmy do domku, bo tam już niemal czekali na nas sympatyczni goście.
Po gościach przyszedł czas na zakupy i odpoczynek.
Z całą pewnością mogę stwierdzić- to była bardzo pracowita, ale fajna niedziela!
Tornado rozpierane energią od rana, zaczęło szaleć, więc musiałam wymyślić coś, co zajmie ją na tyle, by chociaż odrobinę tej energii spożytkowała... Wymyśliłam kąpiel słoneczną na farmie, gdzie samemu można sobie pozbierać owoce i warzywa. Strzał w dziesiątkę. W samochodzie pytałam się Panny Milczyńskiej czy się przypadkiem nie obraziła, bo nie wypowiedziała ani jednego słowa. Odpowiedziała
- Nieee, oglądam owieczki!
No tak, a ja dziecku przeszkadzam, jakimiś głupimi pytaniami, podziwiać naturę.
Ponieważ na farmie byliśmy już nie po raz pierwszy, gdy tylko dotarłyśmy na miejsce, zaraz usłyszałam okrzyki: Agrest! Truskawki! Porzeczki!
Moje tłumaczenie, że już dawno po sezonie na te owoce, dziecię moje zareagowało zawiedzionym
- Ooooł!
Z siłą wodospadu otworzyła drzwi samochodu żeby wysiąść i żywo zabrała się za szukanie odpowiedniej taczki. Każda była brudna w środku. Wypatrzyłam jedyną czystą i w ostatniej chwili udało mi się powstrzymać Pannę Skoczkę przed wskoczeniem do tej taczki.
I tak oto na farmie:
Ja zbierałam maliny- Maya je podjadała lub zbierała kwiatki.
Ja zrywałam słonecznik- Maya zawierała nowe przyjaźnie.
Ja wygrzebywałam buraczki- Maya zapoznawała się z obsługą wideł.
Ja próbowałam wydłubać z ziemi pietruszkę- Maya zapoznawała się z budową kłosa żyta.
Ja dłubałam widłami w ziemi w celu wydobycia marchwii- Maya biegała dookoła taczki.
Ja zbierałam kukurydzę- Maya... Pomagała!
Ja buszowałam w kalafiorze- Maya sprawdzała zawartość taczki.
Ja po pora- Maya w pomidory.
Ja po brokuły- Maya po reklamówkę, bo mi zabrakło.
Cebulę już zbierałyśmy razem, chociaż jakże nudne staje się to zajęcie po 30 sekundach, kiedy wokół tyle kwitnących chwastów.
Przy okienku, kiedy pani ważyła naszą zdobycz, zorientowałam się, że Tornado oddaliło się w ściśle znanym mi kierunku- mianowicie placu zabaw. Za mną gigantyczna kolejka, taczka mi się wykoleiła, nikt nie pomógł, potem w ręku dwa lody i 50 reklamówek do zapakowania do taczki a Mayki nie ma. Jednakże... Kobieta potrafi. Z cieknącymi po ręce lodami załadowałam taczkę, zawołałam Tornado, oddałam jednego loda a później wzięłam reklamówkę i poleciałam zbierać... Kasztany.
Pozbierałyśmy całą zdobycz i zapakowałyśmy torby do samochodu. Pognałyśmy do domku, bo tam już niemal czekali na nas sympatyczni goście.
Po gościach przyszedł czas na zakupy i odpoczynek.
Z całą pewnością mogę stwierdzić- to była bardzo pracowita, ale fajna niedziela!
sobota, 1 października 2011
Kuchenne rewolucje
Gotowanie...
Miłość mojego życia?
Pasja mojego życia?
Lekarstwo na stres?
Lekarstwo na nudę?
Myślę, że jednak wszystkiego po trochu?
Pasją do gotowania zaraziła mnie chyba moja Babcia. Jako mała dziewczynka stawałam na taborecie w kuchni i zaglądałam Babci przez ramię. Miałam szczęście, że z nami mieszkała, bo mogłam w tym czarowaniu uczestniczyć niemal codziennie. Mama zawsze mi powtarza, że Babcia potrafiła jednym kotletem nakarmić całą rodzinę, taki miała dar rozmnażania. Zresztą nie tylko ten dar miała. Jej największym darem było wielkie złote serce. I tym sercem nas pięknie obdarowywała. We wszystkim co robiła, można było to serce odnaleźć. Jednakże post ten jest nie o mojej cudownej Babci ale właśnie o czymś, co także jej po trosze zawdzięczam. O gotowaniu. Gdy babcia odeszła, pałeczkę przejęła Mama. Mamine jak i Babcine potrawy mam w głowie do dzisiaj. Mimo iż sposób gotowania mój i mojej Mamy jest obecnie zupełnie inny- codziennie tęsknię za Mamusiowym obiadkiem.
Teraz powiem otwarcie: Jestem FRANCUSKIM PIESKIEM!! Tak! WYBREDNA jak niejedno dziecko, ale co z tego? Każdy ma jakieś wady. Jednakże... Co z tego że nie cierpię owoców morza- jeśli potrafię z nich ugotować całkiem całkiem przyzwoity obiadek. To, że go nie tknę, nie znaczy, że inni nie zjedzą go ze smakiem.
Zawsze, od kiedy pamiętam marzyła mi się wielka kuchnia i pełna lodówka. I chociaż lodówkę dosyć często pełną mam- wielkiej kuchni do dziś dzień się nie doczekałam. Jak to mówią- złej baletnicy zawadzi i rąbek u spódnicy. W związku z tym jak długo mam w czym i na czym ugotować- tak długo narzekać nie zamierzam.
Druga babcia również miała swój udział w moich kulinarnych zapędach. Potrawy wigilijne lub chociażby zupy- gęste i pyszne już na zawsze będę miała w głowie. Kobiety z mojej rodziny są dla mnie wzorem do naśladowania i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się im dorównać.
Tymczasem jednak odejdę od komputera, zrobię córce najzwyklejszą smażoną, namaczaną w mleku bułkę, posypię ją cukrem i w zasadzie obie będziemy zajadać się ze smakiem. Pogoda dzisiaj przecudowna i czeka nas jeszcze przyjęcie urodzinowe w rodzinie. Zadzieram więc kiecę i lecę!
Rety! Jak ja lubię gotować!!!!!
Miłość mojego życia?
Pasja mojego życia?
Lekarstwo na stres?
Lekarstwo na nudę?
Myślę, że jednak wszystkiego po trochu?
Pasją do gotowania zaraziła mnie chyba moja Babcia. Jako mała dziewczynka stawałam na taborecie w kuchni i zaglądałam Babci przez ramię. Miałam szczęście, że z nami mieszkała, bo mogłam w tym czarowaniu uczestniczyć niemal codziennie. Mama zawsze mi powtarza, że Babcia potrafiła jednym kotletem nakarmić całą rodzinę, taki miała dar rozmnażania. Zresztą nie tylko ten dar miała. Jej największym darem było wielkie złote serce. I tym sercem nas pięknie obdarowywała. We wszystkim co robiła, można było to serce odnaleźć. Jednakże post ten jest nie o mojej cudownej Babci ale właśnie o czymś, co także jej po trosze zawdzięczam. O gotowaniu. Gdy babcia odeszła, pałeczkę przejęła Mama. Mamine jak i Babcine potrawy mam w głowie do dzisiaj. Mimo iż sposób gotowania mój i mojej Mamy jest obecnie zupełnie inny- codziennie tęsknię za Mamusiowym obiadkiem.
Teraz powiem otwarcie: Jestem FRANCUSKIM PIESKIEM!! Tak! WYBREDNA jak niejedno dziecko, ale co z tego? Każdy ma jakieś wady. Jednakże... Co z tego że nie cierpię owoców morza- jeśli potrafię z nich ugotować całkiem całkiem przyzwoity obiadek. To, że go nie tknę, nie znaczy, że inni nie zjedzą go ze smakiem.
Zawsze, od kiedy pamiętam marzyła mi się wielka kuchnia i pełna lodówka. I chociaż lodówkę dosyć często pełną mam- wielkiej kuchni do dziś dzień się nie doczekałam. Jak to mówią- złej baletnicy zawadzi i rąbek u spódnicy. W związku z tym jak długo mam w czym i na czym ugotować- tak długo narzekać nie zamierzam.
Druga babcia również miała swój udział w moich kulinarnych zapędach. Potrawy wigilijne lub chociażby zupy- gęste i pyszne już na zawsze będę miała w głowie. Kobiety z mojej rodziny są dla mnie wzorem do naśladowania i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się im dorównać.
Tymczasem jednak odejdę od komputera, zrobię córce najzwyklejszą smażoną, namaczaną w mleku bułkę, posypię ją cukrem i w zasadzie obie będziemy zajadać się ze smakiem. Pogoda dzisiaj przecudowna i czeka nas jeszcze przyjęcie urodzinowe w rodzinie. Zadzieram więc kiecę i lecę!
Rety! Jak ja lubię gotować!!!!!
piątek, 30 września 2011
No to zaczęło się!
Tak oto mogę wreszcie oświadczyć, że ta oto mała istota, Tornadem zwana, ta kruszyna, która ciągle jeszcze nie przekroczyła metra- CHODZI DO SZKOŁY!
Pierwszy dzień w szkole przegapiłam, ale wspaniałomyślny Tatuś zrobił fotoreportaż, więc chociaż po części poczułam się, jakbym to i ja uczestniczyła w tym wielkim wydarzeniu.
Śniadanie zjedzone bez marudzenia, strój założony bez protestów i efekt finalny wyglądał tak:
Buty z motylkiem, z tych emocji chciała założyć odwrotnie, ale w końcu się udało!
Szkoda jednak marnować czas w domu! Przecież trzeba iść, iść trzeba! No już!!
Teczka większa od niej, ale przecież Druh Sobieradzik podoła każdemu wyzwaniu. Nawet noszeniu teczki wielkości słonia. No już, już! Jedziemy, jedziemy już. Jedziemy? Tata?
Jedziemy!
A teraz biegieeeeem do szkoły!
No szybciej noooo!!!! Przecież ja już już jestem gotowa!
Jestem, już jestem, ale... Co to?? Zamknięte????
Jak to tak zamknięte? OOOOooooo, popatrz!!!!! Tataaa!!!!
Maya, tutaj nie wolno! Ale jak to nie wolno? Zobacz jak tu fajnie!!
Zaraz potem pani otworzyła bramę a Tajfun ruszył ku nowej przygodzie. Po kilku godzinach pełnych emocji i dobrej zabawy przyszedł czas na powrót do domu.
Nie ma co! To był naprawdę fajny dzień.
Piękne jest to- że Maya w sobotę zapytała:
-Mamoo!!! A dlaczego ja nie idę do szkoły?
Z przekonaniem zatem mogę stwierdzić- akcja WITAJ SZKOŁO zakończona pomyślnie!
Pierwszy dzień w szkole przegapiłam, ale wspaniałomyślny Tatuś zrobił fotoreportaż, więc chociaż po części poczułam się, jakbym to i ja uczestniczyła w tym wielkim wydarzeniu.
Śniadanie zjedzone bez marudzenia, strój założony bez protestów i efekt finalny wyglądał tak:
Buty z motylkiem, z tych emocji chciała założyć odwrotnie, ale w końcu się udało!
Szkoda jednak marnować czas w domu! Przecież trzeba iść, iść trzeba! No już!!
Teczka większa od niej, ale przecież Druh Sobieradzik podoła każdemu wyzwaniu. Nawet noszeniu teczki wielkości słonia. No już, już! Jedziemy, jedziemy już. Jedziemy? Tata?
Jedziemy!
A teraz biegieeeeem do szkoły!
No szybciej noooo!!!! Przecież ja już już jestem gotowa!
Jestem, już jestem, ale... Co to?? Zamknięte????
Jak to tak zamknięte? OOOOooooo, popatrz!!!!! Tataaa!!!!
Maya, tutaj nie wolno! Ale jak to nie wolno? Zobacz jak tu fajnie!!
Zaraz potem pani otworzyła bramę a Tajfun ruszył ku nowej przygodzie. Po kilku godzinach pełnych emocji i dobrej zabawy przyszedł czas na powrót do domu.
Nie ma co! To był naprawdę fajny dzień.
Piękne jest to- że Maya w sobotę zapytała:
-Mamoo!!! A dlaczego ja nie idę do szkoły?
Z przekonaniem zatem mogę stwierdzić- akcja WITAJ SZKOŁO zakończona pomyślnie!
sobota, 10 września 2011
Cuda się zdarzają...
Środa, wizyta w nowej szkole po mundurek, chwile wyczekiwania... Krasnoludek wraca z przedszkola, patrzy na reklamówkę, pyta:
- Co toooo???? Sukienkaaaaaa!!!! Mogę założyć??????
Zielona, za duża, żadna "księżniczkowa" a tu słychać:
- Uoooou! A ja mam sukienkę!!!!
Tak oto szok, Księżniczka Różowińska jest już naprawdę gotowa na to, żeby iść do "dużej szkoły".
- Co toooo???? Sukienkaaaaaa!!!! Mogę założyć??????
Zielona, za duża, żadna "księżniczkowa" a tu słychać:
- Uoooou! A ja mam sukienkę!!!!
Tak oto szok, Księżniczka Różowińska jest już naprawdę gotowa na to, żeby iść do "dużej szkoły".
niedziela, 4 września 2011
Szkoła
Pamiętam, jakby to było dzisiaj- jak nasze małe Słoneczko przyszło na świat. Tymczasem już 12 września ta mała rozbiegana i wiecznie podskakująca dziewczynka wkracza w wiek DUŻYCH dzieci. Nie ma jeszcze metra, ma lat 4 z hakiem a już już, tuż tuż przed nią, nowe, wielkie wyzwanie, które sprawia, że ten oto wulkan energii wybucha jeszcze żywszym ogniem. Tajemnica tkwi w tym, że oto Maya idzie już do DUŻEJ, jak to ona mówi -SZKOŁY.. Jedynym problemem na drodze do tego wielkiego szczęścia wydają się stać jednakże... MUNDURKI... Przecież nasza księżniczka, która życia sobie nie wyobraża bez sukienek będzie musiała już od następnego poniedziałku nosić mundurek. W dodatku zielony... Ciężko nam sobie wyobrazić jak Księżniczka Różowińska będzie się ubierała w zieloną sukienkę lub mundurek. Już teraz jak mówimy jej o mundurku w kolorze zielonym słuchać tylko : Oooooooouu... Na nic tłumaczenia że wszystkie dziewczynki i chłopcy w szkole będą ubrani na zielono. Pozostaje nam tylko mieć nadzieje że po kilku dniach przekonywania, Mayka w końcu przełknie prawdę a może i nawet polubi kolor zielony, jak jej oczy :)
sobota, 27 sierpnia 2011
Rety rety!!
Szoku doznałam, zaglądając na stronę i widząc, że nie było o mnie widu i słychu ponad rok... Czas byłoby nadrobić zaległości... Obiecanek nie będzie, ale postaram się jak najlepiej! A tymczasem, tak dla poprawy wizerunku blogowiczki kilka fotek....
Jak widać, troszkę się zmieniliśmy. Ale wcale nie na gorsze ;)
Tymczasem uciekam do garów i myślę sobie, że jakieś kulinarne popisy też w końcu tutaj wstawię. W końcu gotowanie to coś, co nie licząc mojego Słoneczka, uszczęśliwia mnie najbardziej. ( zastanawia mnie tylko fakt, dlaczego zawsze na koniec zostaje tyle zmywania... )
Jak widać, troszkę się zmieniliśmy. Ale wcale nie na gorsze ;)
Tymczasem uciekam do garów i myślę sobie, że jakieś kulinarne popisy też w końcu tutaj wstawię. W końcu gotowanie to coś, co nie licząc mojego Słoneczka, uszczęśliwia mnie najbardziej. ( zastanawia mnie tylko fakt, dlaczego zawsze na koniec zostaje tyle zmywania... )
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















