niedziela, 6 grudnia 2009

Londyn... Nie ma takiego miasta, jest Lądek, Lądek Zdrój...

Pewnej pięknej soboty mój Mąż jedyny zabrał nas- swoje dziewczyny na fantastyczną wycieczkę . W Londynie odbywał się kiermasz świąteczny, żeby było śmieszniej- German Christmas Market...
Korzystając z tego, że jest sobota, więc za wjazd na teren Londynu płacić nie trzeba- zapakowaliśmy się w samochód, i w drogę. Dzięki temu, że większość trasy już znaliśmy dotarliśmy na miejsce bez błądzenia.
Gdy wysiedliśmy z samochodu uderzył nas.... Straszliwy mróz... Zimno nie było jednak w stanie nas przerazić! Co jak co, ale prawdziwy podróżnik pogody się nie boi! Na wielkie szczęście okazało się, że jak tylko wyszlismy z podziemnego parkingu zrobiło się cieplej. Słonko gdzieś tam cichutko podglądało nas zza chmurek a jesienne liście pięknie wirowały na ulicach. Parking mieścił się tuż pod naszym miejscem docelowym, więc wydawałoby się, że nie będziemy musieli daleko chodzić. Okazało się jednak, że Londyn jak zawsze potrafi nas nieźle zaskoczyć. W poszukiwaniu tak prozaicznej rzeczy jak BANKOMAT, przemierzyliśmy kawał drogi... W końcu misja zakończyła się sukcesem, i jak dzielne tuptusie powędrowaliśmy do Hyde Parku, gdzie mieściły się wszystkie te atrakcje. Było głośno, tłoczno, ale jak tylko zobaczyliśmy te stragany, karuzele, kioski, sklepiki... Hałas w ogole do nas nie docierał.


Wydawać by się mogło że bardzo łatwo zapanować nad łakomstwem, jednakże... Jak tylko zobaczyłam te szaszłyczki owocowe polane różnymi rodzajami czekolady... Nie mogłam się powstrzymać! Nasza Córa, która wszystkim tym była jeszcze lekko oszołomiona jak tylko zobaczyła co przynoszę od razu wyciągnęła rączki po owe przysmaki. Była tak zajęta jedzeniem, że cały świat dokoła wydawał się nie istnieć. Udało nam się uwiecznić to na zdjęciu.

Nie da się ukryć, że gustami bardzo się z moim mężem różnimy. Ja preferuję przysmaki słodkie, ciastowe i tym podobne- On natomiast jest wielkim fanem mięska w każdej postaci. Nic dziwnego, że jak tylko pojawił się pieczony świniaczek- zaraz to ten właśnie stragan przykuł jego uwagę.

Maya nie próżnowała, czekając aż Tatuś wreszcie się posili i oddała się tańcom połamańcom, wczuwając się całą sobą w panujący radosny- świąteczny (co z tego że w Listopadzie) nastrój...



Tuż za rogiem znalazła się WIEEEEEEELKA atrakcja! Tak wielka, że o większej marzyć nie można było. ZJEŻDŻALNIA! Jakaż była radość móc zjechać z tak wielkiej ślizgawki gdzie jadąc wielkim pędem podskakuje się na górkach! Maya nieustraszona, nawet na chwilę nie zagościł u niej strach. Mało tego, widać było, że chciałaby zjechać jeszcze raz... Po zobaczeniu tej ślizgawki- czy ktoś się temu zdziwi????

Po zwiedzeniu jeszcze kilku straganików na których aż roiło się od wspaniałości, po zjedzeniu jeszcze kilku pysznych i kalorycznych rzeczy...


Przyszła kolej na jeszcze inne atrakcje... Karuzela :) Ponieważ Maya nie mogła się zdecydować na czym pojedzie na małej karuzeli- samochód, kareta księżniczki, motocykl, rumak, kangur, żyrafa, karoca, lew, pies tygrys... Zdecydowaliśmy się na... pingwina :)
Początki były ciężkie, łzy w oczach, panika, nawet ukochany miś nie pomógł, jednakże... Jak tylko pan troszkę ruszył karuzelę, żeby ułatwić wejście innym dzieciom... Zaczęła się zabawa! W zasadzie to chyba za krótko jechała ta karuzela, bo nasza Córa chyba czuła lekki niedosyt...


Niestety, wszystko co piękne wkrótce się kończy. Czas było wracać do domu...
Mimo pogody, która bardzo nam się pod koniec zepsuła- w wyśmienitych humorach podążaliśmy na parking.


Kolejna udana wycieczka za nami. Ciekawe czym nasz Tatusio- Mąż wkrótce znowu nas zaskoczy :)
Dziękujemy!

sobota, 5 grudnia 2009

Malowanki...

Bo z Mamą to już tak jest, albo w kuchni, albo w pracy, albo pranie robi, oj, tacy są dorośli zajęci, a przecież ja też mam tyle zajęć a jakoś znajduję czas na rysowanie...
Na szczęście Mamusia pomiędzy obiadkiem a sprzątaniem znalazła chwilę czasu żeby porysować...
Nie mogłyśmy narysować Bałagana, ale udało nam się narysować Lwa!
Tatuś robił zdjęcie! Możecie sami zobaczyć naszego lwa!!!!

Idą Święta...

Wielkimi krokami zbliżają się do nas Święta Bożego Narodzenia... Tak wielkimi, że już pierwszego grudnia w oknach sąsiadów świeciły się dekoracyjne lampki, ozdoby a przez firanki prześwitywały... Choinki... Nic dziwnego że poddaliśmy się Angielskiej modzie i... Sami powyklejalismy okna ozdobami :)
Maya była tak zaabsorbowana tym zajęciem, że mieliśmy wrażenie, iż jedzie jakiś parowóz- tak oddychała ze skupienia i przejęcia. A jak będą wyglądały nasze okna ozdobione dodatkowo lampkami? To okaże się już niedługo. Aż tak bardzo modzie nie ulegamy i z lampkami wstrzymamy się jeszcze... Do jutra :)))))))))))))
Ach! Jutro Mikołajki! Jakże naraził mi się mój Mąż mówiąc naszej Wierzącej w Mikołaja- że- idziemy kupić prezent :))))) Na szczęście, mimo, iż nasza córka jest bardzo pamiętliwa- coś jutro wymyślimy i dziecko będzie wierzyło, że prezent jest właśnie od Mikołaja, a nie z Argosu...
Wracając jeszcze do świątecznego nastroju, jaki panuje na ulicach, w sklepach, w radio, telewizji i wszędzie gdzie tylko się da... (Nawet otwierając lodówkę nie da się zapomnieć że święta tuż tuż...) Nasza Córa chyba najbardziej wczuwa się w ten nastrój. Wchodząc do sklepu czy przechodząc obok wystawy zawsze głośno krzyczy, żebyśmy na pewno nie przeoczyli, że : Maaaaamaaaaa! Tataaaaaaaaaaa Mikołaaaaaaaj! Ziooooobać!!!!!! Ooooo, Bałagan jeśt, Mamaaaa, Bałagannn... Patrząc co to za bałagan napotykamy... Bałwana... Cudowne są te dzieci, a już Nasza Maya, śpiewając piosenkę o gwiazdeczce, którą nota bene zobaczyła na świątecznej wystawie, w szczególności...
Ciekawe jak nasz mały Parowóz będzie dyszał jutro lepiąc łańcuchy i wyklejając ozdoby z masy solnej... Postaram się załączyć dowody na wizji ;)
A za kilka tygodni będzie już tylko: święta, święta i po świętach... Jak co roku :)

piątek, 18 września 2009

Milczenie...

Milczenie jest złotem... A że nie lubię złota to napisałam kilka słówek :)
Moja absencja na blogu wynikała najpierw z wrednej choroby, a teraz jest spowodowana... Urlopem :)
Urlopujemy z Mayeczką w Polsce. Faktem jest, że ten urlop z pewnych względów jest bardzo pracowity, ale zawsze to tereny zielone dookoła domu i troszkę więcej ojczystego języka, że o kuchni nie wspomnę...
Jedyne, czego nam tu brak do szczęscia to nieobecnosć naszego Tatusiomęża. Tęsknimy!!!!
(zepsuła nam się literka s jak slimak :) i nikt nie wie dlaczego...

poniedziałek, 7 września 2009

Konwenanse

konwenans (często w l.mn.: konwenanse) ogólnie przyjęte formy i obyczaje towarzyskie.
Zastanawialiście się czasami, jak dorosły człowiek się zachowuje? Stereotypowo. Bo tego nie wolno, tak nie wypada, tak się nie powinno robić a tak właśnie powinno.
A zastanawialiście się nad zachowaniem dzieci jeszcze nie skażonych tymi konwenansami? Te naturalne wybryki od których nieraz nam się skóra na karku jeży lub robimy się czerwoni ze wstydu? Tylko dlaczego?
Dlaczego naturalność jest czymś nieraz hańbiącym albo czymś źle przyjmowanym?
Przypomina mi się bajka o królu: Nowe szaty Króla . Jak tylko dziecko odważyło się powiedzieć: KRÓL JEST NAGI! Jedyna, nieskażona istotka, która nie zdając sobie sprawy z konwenansów, powiedziała prawdę.
Mogłabym tak nawiązać do wielu rzeczy, które dzieci postrzegają inaczej. Także ja zastanawiam się nieraz nad tym dlaczego muszę wykonywać niektóre czynności tak a nie inaczej?
Dlaczego np. muszę udawać że lubię koleżankę z pracy jak akurat jej nie cierpię i najchętniej wbiłabym jej widelec w oko?
Dlaczego nie mogę sobie normalnie beknąć, skoro powietrze nazbierało mi się w żołądku?
Dlaczego muszę mieć modną fryzurę bo inaczej mnie wyśmieją?
To takie przykłady, wyjęte z kapelusza i znalazłoby się ich jeszcze mnóstwo. Odpowiedź na każde z pytań podałabym następującą: nie muszę, ale... Ale jakbym pokazała koleżance z pracy jak jej nie cierpię zaraz ona by mnie też znienawidziła i mogłaby mi nabruździć i atmosfera w pracy byłaby tragiczna. Bekając głośno naraziłabym się na ogólne oburzenie. Z niemodną fryzurą naraziłabym się na krytykę i śmiech innych a co za tym idzie na smutek lub zamknięcie w sobie. Ludzie nie podejmują takiego ryzyka wikłając się w kolejne stresy, konflikty wewnętrzne i tym podobne efekty oddziaływania ogólnie przyjętych zachowań społecznych.
Wczoraj byłam świadkiem przezabawnej scenu w której udział brała Maya.
Biegała jak zwykle po placu zabaw i nagle jej uwagę przykuła grupa chłopców, mniej więcej 5-6 letnich ( a może starszych- nigdy nie byłam dobra w ocenianiu wieku:) ). Chłopcy tarzali się po trawie, szarpali, ganiali i głośno się śmiali. Nagle moja mała Wędrowniczka wyrwała i zaczęła ganiać dookoła nich ze śmiechem. Jeden z chłopaczków wywrócił się więc i Maya położyła się na trawę. Dwoch pozostałych chłopców widząc to zaczęło się śmiać z tego trzeciego więc i Maya śmiała się w niebogłosy. Gdy ci znowu zaczęli się ganiać, Mayka znowu latała dookoła nich roześmiana, tak długo, aż jej uwagę przykuła inna atrakcja. Chłopcy byli bardzo zdziwieni i rozbawieni i dla nich był to obciach. Rozum matki już wyrywał się aby pobiec do Mayi i powiedzieć jej że tak się nie robi (zakorzenione konwenanse... ) serce jednak podpowiadało, że nie warto reagować. Dla niej to naturalne zachowanie i ona nie widzi w tym nic złego i odnajduje w tym zabawę. Nie wie że to niby obciach, wtrącać się do zabawy nieproszonym. Chłopcy, gdyby nie byli już ukształtowani na pewno pobawili by się z Mayą. Wiem to, bo już nieraz widziałam takie "akcje", jak Maya pięknie się bawiła ze starszymi chłopcami lub dziewczynkami.
Wiem, że wszystkiemu winna jest cywilizacja. Pewne zachowania społeczne zostały stworzone żeby żyło się lepiej. Ale czy rzeczywiście żyje się nam lepiej? Czy czasami nie chce się zachować zupełnie inaczej? Naturalnie? Tak jak podpowiada nam ciało i serce?
Właśnie dlatego tak lubię obserwować dzieci. Nie podoba im się, to gryzą lub biją, płaczą, podoba im się, to cieszą się całym sobą, podskakując, turlając się po ziemi, nawet jak jest ubłocona. Chłoną życie całym sobą i nie przejmują się tym, co powiedzą lub pomyślą inni. Powinniśmy brać z nich przykład. Tylko... Czy nie wsadzą nas do wariatkowa albo nie wyalienują nas ze społeczeństwa?

niedziela, 6 września 2009

Pierogi



Mama wczoraj zaczęła mi coś mówić o pierogach. Bardzo je lubię, bo są smaczne i można je jeść. Nawet rękami! Mówiła że zrobimy ruskie. Nie wiem co to znaczy ruskie, ale chyba będą dobre- w końcu to pierogi!
Już zaczęłyśmy robić farsz jak przyszli do nas goście. Było z nimi bardzo fajnie, ale tak szalałam, że jak poszli to ja zaraz poszłam spać. Rano mama powiedziała mi że będziemy robić pierogi ruskie. No wiem przecież, od wczoraj o tym mówi! Okazało się jednak, że farsz zrobiła jak spałam. Trochę nieładnie tak obiecywać a później nie dotrzymywać słowa, jednak jak się okazuje pierogi to nie tylko zrobienie farszu! Zrobiłyśmy z mamusią na stole warsztat do pracy: tak mama powiedziała. A co to jest warsztat? To takie coś gdzie leży mąka, miska z farszem, dzbanuszek z wodą, takie śmieszne kółko z metalu, pusta miska i folia, co się tak fajnie skleja. Umyłyśmy ręce i mama nałożyła mi fartuszek, żebym się nie ubrudziła. Szkoda, bo to tak fajnie jak się jest brudnym, można potem kąpać się! Albo chlapać w umywalce. Stałam na krześle. Super. Nasypałyśmy mąki do miski a potem wlałyśmy wody- jak fajnie, ciepło. Zaczęłam mieszać tą mąkę z wodą i mama mówiła że ze mnie super gospocha. Nie wiem co to jest- ale to chyba znaczy, że coś dobrze robię więc się nie obrażam. Było bardzo dużo zabawy z tym mieszaniem w misce!
Posted by Picasa

Zrobiła się z tej mieszanki wielka kula, miałam kłopot żeby ją podnieść więc mama mi trochę pomogła. Gniotła to ciasto razem ze mną bo ma trochę większe ręce to jej łatwiej. No i robi to już nie pierwszy raz, nie to co ja! Dostałam wałek żeby z ciasta zrobić placek. Ale ciasto takie wielkie, wałek malutki i w dodatku tak fajnie się robi dziurki w tej kuli!!
No i w końcu mama swoim dużym wałkiem rozpłaszczyłą ciasto i tym takim kółkiem powycinała kółka a ja je układałam na folii! Dużo tego było. Mama mówi że siedemdziesiąt cztery, ale nic z tego nie rozumiem! Jak już miałyśmy przygotowane ciasto to wzięłyśmy się za lepienie. Taka praca to trudna jest, ale jaka fajna! I mama jak chwali- chyba jestem dobra kuchareczka! Lepienie zajęło trochę czasu. Ulepiłam jednego pieroga i zachciało mi się biegać. Tyle się nastałam, że chyba mam prawo? 
Ja nie wiem, jak mama to robi ale nie został ani kawałek ciasta ani nawet troszkę farszu. Wszystko tak dokładnie wymierzyła. Nie ważyła nic, nawet dała mi wcześniej podjeść i nie zabrakło! Podobał mi się efekt niemal końcowy tego lepienia. 
Potem mama troszkę złościła się, bo chciałam jeść te pierogi. Mówiła że surowe. A co to znaczy surowe? Fakt, że ciasto takie gumowe troszkę było. Obiecałam, że poczekam aż się ugotują, ale tak bardzo chciałam spróbować, ze jeszcze kilka razy podchodziłam po cichutku do stołu... Za każdym razem musiałam odkładać pieroga...
W końcu doczekałam się! Rodzice pozwolili mi wybrać czy chcę pierogi z cebulką czy ze śmietaną. Pewnie, że ze  śmietaną. Śmietana jest taka dobra! A te pierogi co dostałam! Pyszne. I jak fajnie wyglądały. Inaczej moje a inaczej tatusia. I tatuś miał więcej- bo on duży jest i do pracy idzie. 
 
Jadłam te pierogi ze smakiem. W dodatku przecież sama je robiłam- więc wstyd by było nie zjeść! No tak, mamusia też robiła- ale tylko mi pomagała dzisiaj.

 Talerze- mój i taty były puste! 

Tata zażyczył sobie dokładkę. Jak tata może to ja też, przecież po pracy człowiek głodny!
Drugą porcję też zjadłam ze smakiem!

Tak się najadłam, że aż musiałam to wybiegać. I wybiegałam! W parku. W parku fajnie jest, bo można ganiać się nie tylko z mamą i tatusiem. Można się też ganiać z wiewiórkami i gołębiami. Można też udawać dinozaura! O, i w parku można znaleźć wiele skarbów, jak na przykład patyczki! Piękne one są!

To był fajny dzień, i słoneczko ładnie świeciło, i po trawie się turlałam, nazbierałam skarbów no i oczywiście zrobiłam i zjadłam obiad!

"W tak pięknych okolicznościach przyrody...

I tego... Niepowtarzalnej, pan pozwoli, i pani również, że pójdę po swoją małżonkę"
Cytat z Rejsu, i owszem, ale ja właśnie chciałam tu napisać o pięknych okolicznościach przyrody, których niestety nie miałam okazji być świadkiem (poszłam po małżonka ? ;) ). Jednakże, pełna emocji relacja, pomogła mi wyobrazić sobie jak niesamowite było to przeżycie.
Dzwonię o domu, do Mamy, zapytać co u nich i nagle słyszę w słuchawce- głośno, jak Mama woła Tatę, żeby szybko, ale to natychmiast przyszedł. Uszy mi odpadły- to fakt, ale za chwilę słyszę:
- Zobacz, całe stado przepiórek, ile ich! Ale super!
- Przepiórki- pytam? U was? Niech Tata robi zdjęcie i wysyła, proszę! Tylko nie spłoszcie. Bardzo chcę zobaczyć!
I rozłączamy się. Mama z planem nakarmienia ptaszków prosem a ja z zazdrością wyobrażając sobie ten widok. Może z tą zazdrością to przesadziłam. Było mi po prostu troszkę żal, iż nie mogłam tego zobaczyć. A faktycznie było co oglądać.
Zapewne zdjęcie nie oddaje w pełni widoku, jaki było dane oglądać moim Rodzicom. Pomyślcie jednak. Osiedle domków, uliczki i to stado przepiórek. Przyroda wariuje, czy może po prostu te kuraki wybrały się na wędrówkę? Zawsze uwielbiałam być blisko z przyrodą. A dzięki ogrodowi, który mamy w Polsce miałam już okazję zobaczyć wiele gatunków zwierząt, o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia... Nie wspomnę już o robaczkach, okropieństwo, ale za to jaka różnorodność.
Jak się później okazało, po wnikliwym śledztwie te ptaszki to... KUROPATWY :) Hihi!
:)

piątek, 4 września 2009

Sztuka kamuflażu

Maya wciąż próbuje do perfekcji dopracować sztukę kamuflażu. Udaje się to jej naprawdę nieźle:
 
Wystarczy jednak zapytać:
- Gdzie się ta Maya schowała, no nigdzie jej nie ma...
I kamuflaż, nawet najlepszy okazuje się być zbyt niecierpliwy ;)

wtorek, 1 września 2009

Kolejność rzeczy...

Wszystko zaczęło się od wyprawy do pewnego pięknego, angielskiego miasteczka- Tring. Dziadek naszego Tornada zabrał nas na bardzo miłą wycieczkę, by pokazać nam pływające, mieszkalne barki.
Zanim jednak poszliśmy podziwiać te pływające domki poszliśmy do kawiarni. Tam, oprócz owocowego koktajlu, który zamówili dorośli natknęliśmy się na pięknie wyglądający, pełen pyszności batonik- dla Mayi. Nie próbowałam, jak smakuje ale moja wyobraźnia kulinarna zapamiętała ten pomysł i już zaczęła tworzyć recepturę w głowie. Postanowiłam jednak skorzystać z porad fachowców, gdyż tzw flapjack to jeden z angielskich przysmaków. Znalazłam przepis i... Oczywiście przerobiłam go na swój sposób a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. 
Oto mój przepis, chociaż przyznaję, że sporo zerżnęłam ze strony BBC :) 
Flapjack- rozmaitości
Przygotowanie:
250 gram masła- niesolonego (w Anglii większość jest solona...)
200 gram brązowego cukru (zwykły też się nada, więc spokojnie)
250 gram miodu
400 gram płatków owsianych (najlepiej tych drobniejszych, gdyż te duże trudniej nasiąkają i w efekcie mogą 
      być twarde)
100-150 gram wspaniałości, czyli : pestki dyni, sezam, pestki słonecznika, siemię lniane, rodzynki, orzechy laskowe, orzechy pistacjowe, morele suszone, figi suszone, wiśnie suszone, śliwki suszone) W zasadzie pełna dowolność- co kto lubi, jednak składniki w różnorodności, w batoniku wyglądają cudnie.
Orzechy można posiekać, jeśli ktoś boi się o zęby. Figi, morele, śliwki- należy pokroić w paseczki albo w kostkę. 
Wykonanie:
Masło z cukrem i miodem roztapiamy w garnku lub na dużej patelni. Robi się z tego fajna piana jak zaczyna wrzeć :) Można spróbować zarumienić, ja jednak odpuściłam dłuższe rozgrzewanie i dorzuciłam płatki.
Płatki wymieszać z płynem, porządnie, tak by nie było widać ani jednego suchego miejsca. Poprażyć ze 2 minutki i dorzucić bakalie, również porządnie mieszając. W zależności od gęstości masy można dosypać jeszcze płatków lub bakalii. Trzeba mieć jednak pewność, że wrzucone płatki dadzą radę nasiąknąć- inaczej wyjdą suche wióry. Podprażoną 3-4 minuty masę należy wyłożyć na blachę wyłożoną papierem pergaminowym i wyrównać. W zależności od wielkości blachy nasz flapjack może być gruby lub cienki. Ja robiłam na blaszce 20x30 cm. 
Dopieszczanie:
Wyłożoną masę można zostawić samą sobie, do stężenia, można też włożyć ją do piekarnika na 15-20 minut i podpiec, w temperaturze 180 stopni C na złoty kolor. Ja piekłam 5 minut bo uznałam że i tak wygląda to pięknie.
Krojenie: Ja kroiłam na batoniki i kostkę masę jeszcze ciepłą, ale myślę że masa zimna, też będzie się ładnie poddawała krojeniu.
Konsumpcja:
Efekt przerósł moje oczekiwania! Flapjack wyszedł tak pyszny, że chciałoby się zjeść wszystko naraz. Jest to spora porcja kalorii więc raczej się powstrzymuję. Jest to świetna przekąska dla mózgu i bardzo dobry sposób na szybką porcję energii i witamin. Piotrek o walorach smakowych mojego wyrobu również wyraził się pochlebnie- bardzo dobry!
A jak Maya zareagowała na flapjacki? Każda Mayi wizyta w kuchni to prośba: 
-Flapdzieka ciem, mama, plosie badzio!
No, i jak tu nie dać? No i jak tu nie podjadać jak to takie pyszne!!


Posted by Picasa

Skąd się bierze burza- czyli bajka uspokajajka...


Pewnego dnia nasze małe Słoneczko obudziło się za sprawą ogromnego huku po piorunie. Na nieszczęście, nie było nikogo w sypialni więc strach był podwójny. Płacz, przytulanie, ogromny strach naszego Tornadka poddał mi pewien pomysł. Co zrobić, żeby Maya nie bała się burzy, uspokoiła się? Opowiedziałam Jej bajkę:


Były sobie dwie białe, wesołe chmurki, które bardzo przyjaźniły się ze sobą. Jednak największym ich przyjacielem było Słoneczko. Chmurki prześcigały się w pomysłach- jak sprawić słoneczku przyjemność. Pewnego dnia, obie w jednym czasie przyszły z darami dla słoneczka. Pierwsza- Obłoczek- podarowała Słoneczku bukiet pięknych polnych kwiatów, druga- Mgiełka- podarowała mu wielki kosz łakoci. Słonko bardzo się cieszyło z obu darów i pięknie chmurkom podziękowało. Chmurki jednak, po wyjściu od Słonka patrzyły na siebie ze złością. Z tej złości zaczęły się robić szare. 
- Mój prezent był ładniejszy!!- powiedział Obłoczek
- Nie wydaje mi się!- powiedziała Mgiełka- a nawet jeśli, to mój był smaczniejszy!
- Ale z mojego prezentu Słoneczko ucieszyło się bardziej!- krzyknął Obłoczek, a temu krzykowi towarzyszył błysk złości i grzmot
- To nieprawda!!!!!!- oburzyła się Mgiełka- to z mojego prezentu Słonko było bardziej zadowolone!!- także temu krzykowi towarzyszył błysk i grzmot.
Ze złości obie chmurki zrobiły się niemal czarne i co rusz z nich błyskało i grzmiało. Tak bardzo się pokłóciły, że zaczęły płakać a woda, wraz z piorunami i grzmotami leciała na ziemię. 
Słonko, które zdążyło kwiaty od Obłoczka ustawić w wazonie a także zjeść pyszny deser złożony z łakoci od Mgiełki otworzyło okno i zadrżało- widząc co się dzieje na dworze. Bało się, bo nie wiedziało co się dzieje. Dopiero po chwili zobaczyło, iż jego przyjaciółki zmieniły się nie do poznania. Z białych  zrobiły się czarne, paskudne chmurzyska i dalej się sprzeczały! Pobiegło czym prędzej do nich, żeby zobaczyć co się stało. 
Chmurki nawet nie zauważyły, że Słonko spogląda na nie surowo i dalej sprzeczały, wylewając łzy, błyskając i grzmiąc. W końcu Słoneczko krzyknęło!
- Co się z wami dzieje, kochane? Czy widzicie co robicie? Czy wiecie jak bardzo was wszędzie słychać?
Pierwsza odezwała się Mgiełka
- Bo Obłoczek powiedział że jego prezent bardziej ci się podobał!
Obłoczek, wciąż wściekły i zapłakany wykrzyczał:
- A Mgiełka powiedziała że to nieprawda!
Słoneczko, mimo iż sytuacja nie była wesoła, uśmiechnęło się pięknie, aż chmurki ze zdziwienia przestały błyskać i grzmieć- to taki piękny widok jak Słonko się uśmiecha- i przemówiło:
- Moje głuptaski! Moje małe, śilczne głuptaski... Oba prezenty podobały mi się tak samo- były piękne i były akurat tym, czego potrzebowałem! Mam teraz cudny bukiet, dzięki któremu pokój wygląda olśniewająco, a także łakocie, żeby mi się przyjemniej ten widok podziwiało. No, spójrzcie na siebie. Z pięknych białych chmurek zrobiły się z was brzydkie, czarne, straszne chmurzyska! I ten hałas! Wystraszyłyście chyba bardzo dużo dzieci! 
- Ojej... Faktycznie głuptaski z nas- powiedział Obłoczek
- Taaak, to prawda- załkała Mgiełka, roniąc ostatnie łezki- Przepraszam cię Obłoczku. A ciebie Słonko przepraszam za tą sytuację i zarazem dziękuję za to, że jesteś i zawsze nas wspierasz!
- Właśnie!- powiedział Obłoczek- Mgiełko, wybacz mi. Ja także chcę ci podziękować Słoneczko. Wychodzisz zawsze, żeby dodać nam otuchy i rozweselasz. A jak jest nam źle to tak pięknie się uśmiechasz, że wszystkie smutki odchodzą w zapomnienie.
Chmurki odzyskały swój biały kolor a Słoneczko dumnie świeciło. Nie było już żadnych błysków i grzmotów tylko dobry humor.
KONIEC
:)

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Pobudki, to coś, co tygryski lubią najbardziej, czyli jak Maya radzi sobie z budzeniem nas...


Ostatnio Maya wynalazła sporo sposobów, aby mnie obudzić a potem wywlec (tak się rano czuję) z łóżka. Ostatni z opisanych sposobów za każdym razem wywołuje wielki uśmiech na naszych twarzach.
Sposób1. Najmniej delikatny.
Gdy nie reaguję na wołania- mama śtawaaaaj, śtawaaaj mamaaaa- 10 i pół kilo mojego Maleństwa ląduje na mojej głowie...  Nie żeby skrzywdzić, tylko żeby zajrzeć, czy mam otwarte oczy... Bo jak mam to przecież:
-śpałaś się? Mama?- wiadomo że się nie wyspałam, ale wstać trzeba...
Sposób 2. Na wierszyk, czytanie albo piosenkę.
Gdy nie działają zagabywania typu- Buś się, śtawaj, adziemi?? Pokoju? Tajfun zaczyna znajdować sobie zajęcia i tak, co następuje, w kolejnościach przypadkowych, łącznie lub osobno:
- Książka w ręku i czytanie - Temu, temu, temuuuu, dano dano danooo, Maya była, siama, siama, siama!!!!!!
  Konieć Śłonko!- Ze śmiechu nie mogę wytrzymać, więc się śmieję, oczywiście- koniec spania...
- Skakanie po łóżku z pieśnią na ustach...- Jadooo jadoooo misieee, hej hej, hej hej hej hej... W trosce o spokojny sen tatusia zabieram dziecię szybko z sypialni...
- Wierszyk: Śtoi tiiiwaaa, ciu ciuuu, patataj, ichaaaa!!! Cokolwiek to znaczy- oczywiście nie wytrzymuję ze śmiechu, wstaję, uśmiechnięta- bo jakżeby inaczej, mimo iż moje ciało wyje: spaaaćććć!!!!
Sposób 3. Na nocnik
Działa oczywiście najszybciej i najbrutalniej. Po prostu słysząc:
- Mama, siusiu, adziemy??? Zrywam się z łóżka i lecę. Z potrzebami fizjologicznymi się nie wygra... Nie ma rady.
Sposób 4. Na śmiech.
Mimo, iż niektóre z powyższych sposobów budziły mnie śmiechem- ten szczególnie zapadł mi w pamięć i do dziś wspominam to, śmiejąc się całą sobą.
Taktycznie, udając że śpię i nie reagując na Mayi słowa pobudki odwracam się na plecy i wkładam rękę za głowę. Na chwilę cisza... Czyżby się dało jeszcze poudawać? A tu nagleee:
-Mamaaaaaaaa!!!!!!!- drze się na cały głos Tajfun,
-Dziulkaaaaaaaaaaa!!!! - Już chce mi się śmiać, bo oczywiście nie wiem o co chodzi i słowo  wywołuje u mnie wewnętrzny chichot, jednakże ciągle udaję że śpię... Nagle, czuję, że Maya dobiera mi się do pachy... Gilga i woła
- Ooooo, dziulke maaaaśśśś!!! Mamaaaaa- to już koniec udawania, parskam śmiechem otwierając oczy i patrzę, faktycznie, dziurkę mam- Made in China- oczywiście... Maya szczęśliwa, iż dokonała tak ważnego odkrycia a także z sukcesem obudziła mamusię.
Jeśli nasze pomysłowe dziewczę wynajdzie jeszcze jakieś nowe zwariowane sposoby- z pewnością je opiszę...
:)

niedziela, 30 sierpnia 2009

W czasie deszczu dzieci się nudzą, czyli opowiadanie o wszystkim i o niczym.

-Mamaaa, mamaaaa.... Musia.... Mamusia....
Moja Córcia robi wszystko, żeby mnie obudzić. Staram się nawet nie drgnąć, żeby nie zdradzić, że się przebudziłam. Oj... Czuję jak jej małe ciałko wczołgało się na mnie i już wiem co stanie się za chwilę. Tak, małe rączki wędrują w stronę  moich oczu, więc zanim Mayeczka zdąży podjąć próbę otwarcia ich siłą, otwieram je. Moim zaspanym oczom ukazuje się najpiękniejszy uśmiech na świecie.
- Cieść. A Buziaka??- niemalże woła i wymierza mi siarczystego całusa.
- Śpałaś się??- pyta, wcale nie oczekując odpowiedzi, gdyż właśnie zajęła się guzikiem od poszewki, który od zawsze baaaaaardzo ją interesował. 
- No chodź, ranny ptaszku. Wstajemy!- chociaż ciało odmawia mi jeszcze posłuszeństwa, serce już się rwie, żeby podzielić entuzjazm tego małego człowieka.
- A pika??- woła podskakując
- No, gdzie masz piłkę?
- Nie ma!- bezradnie rozkłada ręce i zeskakuje z łóżka. Znika gdzieś za progiem żebym za chwilę mogła usłyszeć:
- Aaa, tu jeeeeś!
I tak, obudzona już, wędruję do kuchni żeby zrobić mojemu małemu Tajfunowi śniadanie...
-Z selkem, mama!!!!- Dobrze, będzie z serkiem...
Po śniadaniu, przerywanym licznymi prośbami (mama lękaw, mama łyśka...), zabawami łyżką, wycieraniem buzi, rąk i blatu ( nie żebym chciała, tylko Maya się domagała...) zabieramy się za mycie i ubieranie. Mogłoby się wydawać, że to najprostsza czynność na świecie, ale nie z Tornadem. Pod stołem- bo przecież : 
- Psiklyje misia!! W kuchni, bo przecież: 
- A deśka jeśt? W sypialni bo przecież : 
- Mama goni Maye!!!! No goni Maye, mama!!!!! No to gonię, żeby ją złapać i wreszcie dotrzeć do łazienki. Już niby złapana, już niby w łazience ale... Zwiewa. Bo przecież: 
- A misiu, myje, mama???? Wreszcie,  tryumfalnie wchodzi do łazienki, ze szmacianym misiem i poddaje się porannym zabiegom, z wielkim zainteresowaniem ale i bardzo zajęta, bo przecież: 
-O tiuuu! Woda leci, a mydło, jeśt? Mayi?? Oooo, bańka jeśt!!!! Łał :)
W ten oto sposób, od przebudzenia, minęła już godzina, ale co zrobić z resztą dnia? Na dworze leje. I wieje. Jakby tylko padało- da się żyć, gdyż kaloszki to przyjaciel każdego tuptusia, ale wiatr... Wiatr zrywa "kapeluś", "boli w oko", "a zimne mama, nie ciem wiatl...""domku ciem". No i jak tu dyskutować z małym  pogodoznawcą? Dyskusji nie ma- i już.
Niestety, jak wiadomo- w czasie deszczu dzieci się nudzą. Postanowiłam zrobić eksperyment. Niech mnie! To chyba pierwszy i ostatni raz!!!! Ja po prostu pomyślałam sobie: Poobserwuję, dam wolną rękę- zobaczymy jak twórcze jest moje dziecko. No, to zobaczyłam...
Komediodramat w 3 aktach:
Obserwator i narrator: Mama
Bohater: Maya
Miejsce: Naprawdę dość szeroko pojęte WSZĘDZIE

Siedzę sobie na sofie, udaję, że czytam książkę, obserwując moją małą aparatkę ukradkiem. I tak oto, co następuje...
Dolna szuflada komody- zakazana, jak każde inne, otwiera się z trudem, a tam...
-ŁAŁ, sielwetki!!!! i cała paczka "sielwetek" wraz z kilkoma kartkami papieru już opuściła szufladę. Mądralińska, nauczona doświadczeniem, iż nie warto zwracać mamy uwagi na fakt podbicia szuflady, sama dobiera się do serwetek. Już chcę reagować, bo 100 serwetek... Wiadomo. Postanawiam jednak udawać niewidzącą i obojętną- a to niełatwe... Po 5 minutach mocowania się z opakowaniem- folia nareszcie pęka i 100 serwetek ląduje na podłodze. Niestety, nie umiem napisać dźwięku tego nieartykułowanego zachwytu nad stertą, która właśnie powstała- coś pomiędzy ŁAAAŁ, JAAACIE, OOO i O MATKO. Serwetkowych szaleństw ciąg dalszy. 
Tornado, zauważywszy iż serwetkę można rozłożyć na czworo postanowiła skorzystać z tego faktu. Pierwsza serweta (bo już przecież nie serwetka ;) ) została majestatycznie ułożona na krześle. Obrus, pięnie wygładzony- doskonała robota. Jak jest obrus to i nakrycie musi być. Serwis kawowy Mayki- a raczej jego część ląduje na nowym, wyimaginowanym stole. Co ja gadam, jakim wyimaginowanym- przecież stół jest, obrus, zastawa... Zostaję zaproszona na posiłek- a dokładniej zostaje mi ten posiłek podany- talerzyk pod nos z pytaniem:
-Doble, mama?
-Pyszne- odpowiadam, udając brak zainteresowania, bo przecież w tej chwili, niczym reporter National Geografic obserwuję "naturalne zjawiska przyrody". Brak mojego zainteresowania skutkuje zaproszeniem do stołu Karolinki ( mała laleczka, dziewczynka, z zajęczymi uszkami) oraz Pana Policjanta. Siedzą... Na talerzykach... Nic mnie nie dziwi- inwencja twórcza. Nagle pytanie Karolinki do Policjanta:
- źjadłeś? i Policjanta do Karolinki:
-źjadłeś? (To w sumie kto kogo pytał????)
- To buziak!! -I Pan Policjant zaczyna się całować z Karolinką. W normalnym świecie policjant straciłby pracę, Karolinka miałaby uraz psychiczny do końca życia a społeczeństwo byłoby zgorszone...  Kiedy Karolinka postanawia umyć talerze, Pan Policjant ląduje na podłodze. (Takie traktowanie stróży prawa... oj...) Nagle, z prędkością świetlną Karolinka unosi się w powietrze i spada za kanapą. Jakiekolwiek przejęcie? Skąd
- Nie ma Linki, psiułam.
Kolejne serwetki zostają wykorzystane do : przykrycia wszystkich krzeseł, całej sofy, jako kołderki dla każdej małej figurki, która przecież nie może sobie leżeć w koszyczku, z innymi, tylko musi być na podłodze- bo przecież tyle na niej (było) miejsca... Jednak najfantastyczniejsza zabawa zaczyna się w momencie odkrycia, że serwetka da się popsuć. Porwana (psiuta) na dziesiątki paseczków w czasie kilkunastu skund powiewa w rączkach dumnej ARTYSTKI. Towarzyszy temu odgłos śpiewany : -
Lababa, lababa, cimy Lababaa, oraz podrygi, sklasyfikowane przez nas (rodziców) jako taniec. Paseczki frędzelki w końcu się nudzą a i serwetki, dotąd tabu- jednak w koncu poskromione, nie wydają się już być tak interesujące. Nuda!
Po dziesięciokrotnym włożeniu i wyjęciu wszystkich kamyczków z wozu i to przestaje być atrakcyjne, ale przecież od czego mamy kuchnię? Już tłumaczę.
Kuchnia, to takie miejsce, w którym mama zaszywa się czasami w ciągu dnia, przestawiając coś na stole, kręcąc jakimiś gałkami i gotując. Gotowanie to akurat fajne jest- bo smaczne i często coś do garnka można włożyć- ale zawsze gorące- i nie można ruszać... Jednakże, kuchnia, to także takie miejsce w którym znajdują się największe niemal skarby w domu!! Garnki, drewniane łyżki, pojemniki z niesamowitą zawartością, takie śmieszne papierki z proszkami, po których czasem się kicha, jak się wysypią niechcący (oczywiście ;) ) no i takie fantastyczne, plastikowe pudełka, które są najlepsze do gotowania! Mojego gotowania. Najlepiej wychodzi zupa z kamyków z makaronem
Przepis:
Kilkanaście kamyków wrzucić do pojemnika. Trzeba koniecznie nimi potrząsnąć, bo tak. Następnie, drewnianą łyżką kilkanaście razy zamieszać. Potrząsnąć znowu. Dodać frędzel z serwetki- dla smaku! Może nawet dwa. I do tego 4 muszelki makaronu, cichcem podebrane z torebki, która tak przypadkiem pękła. Pomieszać, potrząsnąć, popukać łyżką i dać mamie do spróbowania- no, i znowu pyszne. Jaka jestem zdolna!!
Oczywiście, kuchnia nie będąca już tabu przestaje być atrakcyjna. Postanowiwszy chociaż pozornie trochę zgrzecznieć Maya przytula się do mnie, głaszcze mnie po buzi i patrzy mi głęboko w oczy. W tym momencie moim oczom ukazuje się obraz dziecka, z minką: a właśnie, że zaraz coś zbroję (zmarszczony nosek i czoło) i nagle czuję małe zęby na swoim nosie. Boli... I to jak... Strofuję, tłumacząc że to boli i żeby więcej tak nie robiła, w trosce otrzymuję najpiękniejszy uśmiech oraz słówka:
-Boli? Mama? Moja, moja!, połączone z głaskaniem mnie po twarzy. Jednak, jak w piosence: "Nic nie może przecież wiecznie trwać" i ta sielanka się kończy. 
Koc, zdjęty z sofy służy za płaszcz, drewniana łyżka od gotowania za pałeczkę do bębenka a za bębenek służą: kaloryfer, drzwi, sofa, krzesło i "Oooooo!!!!" metalowa nóżka od krzesełka. Koc zaczepia o koszyk z resztą zabawek, zabawki wypadają a Tajfun radośnie rozrzuca zabawki po pokoju krzycząc:
- Deść pada, hulllaaaaa!!!!
Właśnie, deszcz... Spoglądam za okno a tu niespodzianka. Chmury poszły sobie gdzieś ( i dobrze) a słońce nieśmiało zagląda nam do pokoju. Mówię:
- Idziemy na spacer, poskakać po kałużach?- w odpowiedzi, połączonej z podskokami, stawaniem na głowie i uderzaniem drewienkiem o stół słyszę
- Tak, do dzici!!
I tak oto, ubieramy się przeciwdeszczowo ( na wszelki wypadek), zakładamy gumiaczki i idziemy na spotanie z kolejną przygodą. Dom wygląda, jakby przeszło przez niego tornato- choć w istocie tak było... Ale tym zajmiemy się później. Najpierw trzeba wyjść i zaliczyć misję : Grzebanie patykiem w kałuży...
:)