Wydawać by się mogło, że nie dalej jak wczoraj poczułam, że to już, że to zaraz, że już trzeba jechać do szpitala. Kilka godzin później trzymałam w ramionach najwspanialsze Maleństwo na świecie. Nasz świat wywrócił się do góry nogami za sprawą tej Małej Osóbki i po dziś dzień cały czas stoi na głowie :) .
Dziękujemy Ci Mayu, że przez 3 lata swojego życia pokazałaś nam więcej- niż sami przez wszystkie lata zdołaliśmy się nauczyć. Że wciąż pokazujesz nam jak piękne jest życie i jak naturalnie przychodzą pewne rzeczy, a jeśli nie przychodzą- jak cierpliwie należy czekać- aż w końcu przyjdą. Dziękujemy Ci za wszystkie dotychczasowe radości i prosimy o jeszcze i jeszcze. Bardzo Cię kochamy i radość w naszych sercach z powodu tego, że jesteś z nami jest większa z każdym dniem i z każdym nowym doświadczeniem związanym z Tobą! Rośnij nam Córciu zdrowa i wesoła! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!!!!! :)
Mamusia i Tatuś
Maya.Tornado i tajfun przy niej, wydają się być lekką bryzą... I my, dumni rodzice. Wszyscy na tropie wielkiej przygody zwanej życiem
poniedziałek, 10 maja 2010
sobota, 20 marca 2010
Wycieczki...
Bo z rodzicami to już tak jest... Pakują torby, mówią że lecimy do Gdańśka, że będziemy lecieć samolotem, że będziemy odwiedzać Neptuna... Tyle zamieszania, tyle pakowania... Lot był fajny, no był, tylko taki krótki, chociaż mama mówiła że spałam! Ja przecież pamiętam wszystko! Ja nie spałam tylko już sobie wyobrażałam tego Gdańśka! Jaki on jest. Na lotnisku czekał na nas pan. Czy to on? Ten Gdańśk? Spać mi się chciało ale tu tyle rzeczy. Jakiś nowy pokój, fotele dwa, łóżko... Trzeba było sprawdzić czy to łóżko to wygodne jest... Było. Obudziłam się. Rodzice jeszcze spali, ale to nic. Znalazłam na stole chrupki ryżowe! Byłam głodna, więc zwiedzałam pokój zajadając. Rodzice dalej spali. Nagle słyszę jak mama mówi że jest 6 rano... No a co to znaczy? Księżyca nie ma, słoneczko świeci więc już nie pora na spanie. Chce mi się pić, o czym nie waham się poinformować mamy... Z jakimś takim trudem wstaje. Jakoś tak powoli. Opowiadam jej wszystko ale jakby mnie nie słucha. Daje mi pić i kładzie się. No ale po co? Przecież nie ma księżyca. Tata też do mnie wstaje na chwile. Ale też jakoś tak słabo, nie pogada, nie pogania. Tylko pyta czemu tyle okruchów jest na podłodze. Co za głupie pytanie- przecież to wafle! Nie okruchy. Nie mam kredek a flamastra co mi kupili na lotnisku mi nie chcą dać. Przecież jak mam kolorować Świnkę Peppę? Nudzę się. Ale w torbie tyle fajnych rzeczy, już zaczynam je wyciągać... Tata był szybszy. Nie zdążyłam wyciągnąć nawet połowy skarbów. Ale przynajmniej coś się zaczęło dziać. Wstała w końcu mama a tata... Położył się. Ja nic nie rozumiem. Jak można spać kiedy słoneczko świeci? Zjedliśmy takie smaczne rzeczy z walizki i ubraliśmy się bardzo ciepło. Ale na dworze było tak zimno. Od razu chciałam wejść do wózka, ale rodzice powiedzieli że mam chodzić. Jak tu chodzić jeśli tak strasznie zimno w nos? W końcu udało mi się wszystkich przekonać że bez wózka nie dam rady zrobić nic. Och, tam było zimno ale i tak cieplej niż na nóżkach. Miałam kocyk, budkę i jeszcze taką fajną namiot. Mama cały czas powtarzała- jeny jak zimno. Tata- nie marudź. Chociaż sam marzł... Pojechaliśmy zobaczyć tego Neptuna. I wiecie co? Jechałam twamwajem!! Taki fajny ten twamwaj! On jeździ na torach! Jak pociąg! A jak się naciśnie guziczek to otwierają się drzwi.
W końcu dotarliśmy do tego Neptuna. Wielkie rzeczy. Taki pan z wielkim widelcem w ręku. Nie interesował mnie on wcale. Najbardziej podobały mi się gołębie. Nawet wyszłam z wózka, bo co to za przyjemność ganiać ptaszki w wózku? Jak im smakowały wafle! A czasami tak wzlatywały w górę z hałasem. Aż piszczałam z przejęcia. Byliśmy też w barze mlecznym. Tak mi się tam podobało. I były fajne schody, a na górze gdzie była toaleta było najfajniej. Co chwilę mówiłam że chcę siusiu, żeby tylko móc tam pójść. Nie wiem dlaczego mama była zła.
Już nie byłam głodna a rodzice powiedzieli że im zimno i że jedziemy do Sopotu. Na dworcu miła pani nam sprzedała bilety i w takim dużym kasowniku te bilety kasowaliśmy. W pociągu było fajnie i ciepło. Mama dała mi żelki! Tata wafla ryżowego. Fajnie jest jeździć z rodzicami.
Dotarliśmy do tego Sopotu, i też było fajnie, chociaż mama powiedziała mi, że spałam bardzo długo i że nie dali mi gofra bo nie mogli mnie obudzić. Chyba mnie kłamali, bo nie pamiętam żeby mnie budzili. Z Sopotu pamiętam tylko kolejkę i taki krzywy dom, taki kolorowy. Taki inny niż wszystkie. Jak na obrazku. Może go później namaluję, chociaż wolę rysować misia.
Za zimno było. Oj za zimno. Rodzice szybko postanowili żeby zakończyć wycieczkę. Wróciliśmy do tego pokoju z fotelami. Chyba szybko zasnęłam, bo nie pamiętam wiele. Rano za to była wielka wyprawa, bo te wszystkie walizki trzeba było zabrać do TRAMWAJA. A potem z tramwaja poszliśmy na dworzec. Zimno było, ale jak przyjechał pociąg to już było ciepło. Pan nam otworzył taki mały pokoik w pociągu, mama mówi że to przedział. W pociągu było fajnie! Żelki, kredki, kolorowanki, NAKLEJKI!!!!!!
Dziadek po nas przyjechał na dworzec i zabrał mnie do kotków, babci i wujka. Jak ja lubię wycieczki!
To nie koniec moich atrakcji, bo tu się dzieje bardzo dużo. Teraz jednak nie opiszę już nic, bo przecież zabawkom się nudzi. Może mama opowie później. Ja nie mam czasu!
W końcu dotarliśmy do tego Neptuna. Wielkie rzeczy. Taki pan z wielkim widelcem w ręku. Nie interesował mnie on wcale. Najbardziej podobały mi się gołębie. Nawet wyszłam z wózka, bo co to za przyjemność ganiać ptaszki w wózku? Jak im smakowały wafle! A czasami tak wzlatywały w górę z hałasem. Aż piszczałam z przejęcia. Byliśmy też w barze mlecznym. Tak mi się tam podobało. I były fajne schody, a na górze gdzie była toaleta było najfajniej. Co chwilę mówiłam że chcę siusiu, żeby tylko móc tam pójść. Nie wiem dlaczego mama była zła.
Już nie byłam głodna a rodzice powiedzieli że im zimno i że jedziemy do Sopotu. Na dworcu miła pani nam sprzedała bilety i w takim dużym kasowniku te bilety kasowaliśmy. W pociągu było fajnie i ciepło. Mama dała mi żelki! Tata wafla ryżowego. Fajnie jest jeździć z rodzicami.
Dotarliśmy do tego Sopotu, i też było fajnie, chociaż mama powiedziała mi, że spałam bardzo długo i że nie dali mi gofra bo nie mogli mnie obudzić. Chyba mnie kłamali, bo nie pamiętam żeby mnie budzili. Z Sopotu pamiętam tylko kolejkę i taki krzywy dom, taki kolorowy. Taki inny niż wszystkie. Jak na obrazku. Może go później namaluję, chociaż wolę rysować misia.
Za zimno było. Oj za zimno. Rodzice szybko postanowili żeby zakończyć wycieczkę. Wróciliśmy do tego pokoju z fotelami. Chyba szybko zasnęłam, bo nie pamiętam wiele. Rano za to była wielka wyprawa, bo te wszystkie walizki trzeba było zabrać do TRAMWAJA. A potem z tramwaja poszliśmy na dworzec. Zimno było, ale jak przyjechał pociąg to już było ciepło. Pan nam otworzył taki mały pokoik w pociągu, mama mówi że to przedział. W pociągu było fajnie! Żelki, kredki, kolorowanki, NAKLEJKI!!!!!!
Dziadek po nas przyjechał na dworzec i zabrał mnie do kotków, babci i wujka. Jak ja lubię wycieczki!
To nie koniec moich atrakcji, bo tu się dzieje bardzo dużo. Teraz jednak nie opiszę już nic, bo przecież zabawkom się nudzi. Może mama opowie później. Ja nie mam czasu!
niedziela, 28 lutego 2010
Świat oczami dziecka
Przypomniało mi się kilka zdań i wyrażeń, które rozbawiły Nas do łez, a także weszły do naszego codziennego słownika. Autorem wszystkich jest oczywiście Tornado...
- Maaama, wśtaaaawaj, nie ma kśięziiiica!!!!- wymawiane, niestety skoro świt, nieraz nawet w środku nocy...
- Śpać ciem!!!- słonko nie świeci, ciemno jeśt!!!!- zimą czasami już o 18...
- Oooo, anikom!!!!- tylko... co to jest anikom?... Tego nie mogliśmy rozszyfrować z miesiąc, aż pewnego dnia Maya mowi- Oooo, anikom! Asiut edzie...- Asiuta już zrozumieliśmy- bo to... samochód... Ale dlaczego anikom to też samochód- pozostanie zagadką po wsze czasy.
Szczypta... Do dziś mogłoby się wydawać, że to zwykłe uchwycenie palcami czegoś, odrobinka... Dla Mayi to wszystko to pisiut. Do tej pory składając kciuka z palcem wskazującym mówi pisiut. Teraz w kuchni zamiast szczypta soli jest już pisiut soli... :)
Bajka Kopciuszek... To nie jest już zwykła bajka od kilkunastu dni, to... A może od początku.
Maya zechciała, żeby poczytać jej Kopciuszka- jedną z Jej ulubionych bajek. W związku z tym ułożyła się wygodnie na łóżku, gotowa do lektury. Zaczynam więc czytać, że Kopciuszek po śmierci ojca mieszkał z macochą co ma 2 córki... Pokazuję Jej obrazki. Przewracam książeczkę na następną stronę, a Maya wyrywa mi wolumin z ręki, wraca do pierwszej strony i mówi: A tu maciocha i maciórki ma dwie... Poprosiłam Ją, żeby powtórzyła, bo nie byłam pewna czy dobrze zrozumiałam. A Maya- no maciórki ma dwie, zła maciocha!. Tak więc Kopciuszek to już nie jest Kopciuszek, tylko Maciórki :)
Na koniec jeszcze pępek. Pępek to nie jest dziura w brzuszku, która została po pępowinie, dzięki czemu składniki odżywcze dostawały się do organizmu maluszka jeszcze w brzuchu mamy. Pępek moi mili to jest... Po prostu nie inaczej, jak dziurka dla pająka...
Pewnie jak sobie jeszcze coś przypomnę (żałuję, że nie zapisywałam tego wcześniej...), zaraz dodam.
A tymczasem nastawiam się na odbiór dziecięcego języka...
- Maaama, wśtaaaawaj, nie ma kśięziiiica!!!!- wymawiane, niestety skoro świt, nieraz nawet w środku nocy...
- Śpać ciem!!!- słonko nie świeci, ciemno jeśt!!!!- zimą czasami już o 18...
- Oooo, anikom!!!!- tylko... co to jest anikom?... Tego nie mogliśmy rozszyfrować z miesiąc, aż pewnego dnia Maya mowi- Oooo, anikom! Asiut edzie...- Asiuta już zrozumieliśmy- bo to... samochód... Ale dlaczego anikom to też samochód- pozostanie zagadką po wsze czasy.
Szczypta... Do dziś mogłoby się wydawać, że to zwykłe uchwycenie palcami czegoś, odrobinka... Dla Mayi to wszystko to pisiut. Do tej pory składając kciuka z palcem wskazującym mówi pisiut. Teraz w kuchni zamiast szczypta soli jest już pisiut soli... :)
Bajka Kopciuszek... To nie jest już zwykła bajka od kilkunastu dni, to... A może od początku.
Maya zechciała, żeby poczytać jej Kopciuszka- jedną z Jej ulubionych bajek. W związku z tym ułożyła się wygodnie na łóżku, gotowa do lektury. Zaczynam więc czytać, że Kopciuszek po śmierci ojca mieszkał z macochą co ma 2 córki... Pokazuję Jej obrazki. Przewracam książeczkę na następną stronę, a Maya wyrywa mi wolumin z ręki, wraca do pierwszej strony i mówi: A tu maciocha i maciórki ma dwie... Poprosiłam Ją, żeby powtórzyła, bo nie byłam pewna czy dobrze zrozumiałam. A Maya- no maciórki ma dwie, zła maciocha!. Tak więc Kopciuszek to już nie jest Kopciuszek, tylko Maciórki :)
Na koniec jeszcze pępek. Pępek to nie jest dziura w brzuszku, która została po pępowinie, dzięki czemu składniki odżywcze dostawały się do organizmu maluszka jeszcze w brzuchu mamy. Pępek moi mili to jest... Po prostu nie inaczej, jak dziurka dla pająka...
Pewnie jak sobie jeszcze coś przypomnę (żałuję, że nie zapisywałam tego wcześniej...), zaraz dodam.
A tymczasem nastawiam się na odbiór dziecięcego języka...
sobota, 20 lutego 2010
Wyjęte z szuflady... Trochę się wstydzę, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz...
Totalne bzdury, ale dzięki nim udaje mi się czasami przetrwać największe chandry.
Dawno temu za górami,żyła baba wraz z synami,
Dwóch z nich było krzepkich, kraśnych,
Trzeci chudy i rubaszny.
Matka synów swych kochała,
Lecz tym krzepkim pobłażała,
Chudy miał z nią kłopot wielki,
Więc zaglądał do butelki,
A gdy wypił zasmucony,
Wtedy zawsze szukał żony,
Żadna jednak go nie chciała,
Bo teściowej by się bała.
Matka synem swym rządziła,
Gdy nabroił to go biła.
Jednak syn się nie poddawał,
Oraz pensji pół wydawał,
Na uciechy w domu pewnym,
Bo tam szukał swej Królewny.
Pierwsza- jak się okazało-
Jeden sutek ma za mało,
Druga, choć ją kochał czule,
Okazała się być... Królem.
Trzecia, straszne beztalencie,
Wciąż grzebała mu w kredensie,
Aż wyjadła wszystkie wety,
Krzycząc- POTRZEBUJĘ DIETY!!!!
Czwarta, choć to może plotki,
Zamiast butów miała wrotki,
I dogonić się nie dała,
Co uciekła to się śmiała,
Piąta- tą pominąć raczę,
Szósta- miała nogi kacze,
Siódma- rzęsy doklejała,
I jak Drug Queen wyglądała,
Ósma, cóż, jak z ósmą bywa
Była bardzo urodziwa,
Więc, co mogę nawet przysiąc,
Amatorów miała tysiąc,
No a towar używany,
Raczej nie jest pożądany.
Była i dziewiąta panna,
Lecz tej się marzyła wanna,
A nasz Książę prysznic wolał,
Więc i tą po prostu olał.
Wreszcie, przy dziesiątej dziewce,
Chudy miłość poczuł wreszcie,
Lecz się później okazało,
Że to jej nie pochlebiało.
Młody tego miał już dosyć
Zaczął się nocami moczyć
Miał wysypkę i gorączkę
No i umarł... Na rzeżączkę...
Dawno temu za górami,żyła baba wraz z synami,
Dwóch z nich było krzepkich, kraśnych,
Trzeci chudy i rubaszny.
Matka synów swych kochała,
Lecz tym krzepkim pobłażała,
Chudy miał z nią kłopot wielki,
Więc zaglądał do butelki,
A gdy wypił zasmucony,
Wtedy zawsze szukał żony,
Żadna jednak go nie chciała,
Bo teściowej by się bała.
Matka synem swym rządziła,
Gdy nabroił to go biła.
Jednak syn się nie poddawał,
Oraz pensji pół wydawał,
Na uciechy w domu pewnym,
Bo tam szukał swej Królewny.
Pierwsza- jak się okazało-
Jeden sutek ma za mało,
Druga, choć ją kochał czule,
Okazała się być... Królem.
Trzecia, straszne beztalencie,
Wciąż grzebała mu w kredensie,
Aż wyjadła wszystkie wety,
Krzycząc- POTRZEBUJĘ DIETY!!!!
Czwarta, choć to może plotki,
Zamiast butów miała wrotki,
I dogonić się nie dała,
Co uciekła to się śmiała,
Piąta- tą pominąć raczę,
Szósta- miała nogi kacze,
Siódma- rzęsy doklejała,
I jak Drug Queen wyglądała,
Ósma, cóż, jak z ósmą bywa
Była bardzo urodziwa,
Więc, co mogę nawet przysiąc,
Amatorów miała tysiąc,
No a towar używany,
Raczej nie jest pożądany.
Była i dziewiąta panna,
Lecz tej się marzyła wanna,
A nasz Książę prysznic wolał,
Więc i tą po prostu olał.
Wreszcie, przy dziesiątej dziewce,
Chudy miłość poczuł wreszcie,
Lecz się później okazało,
Że to jej nie pochlebiało.
Młody tego miał już dosyć
Zaczął się nocami moczyć
Miał wysypkę i gorączkę
No i umarł... Na rzeżączkę...
Zdziecinnienie, czyli dzieciak w każdym z nas.
Dzieckiem być- fajna rzecz... Niemal każdy tak uważa, chociaż już nie pamięta jak wielkie wyzwania zdarzało mu się podejmować za szczeniackich lat. Właśnie te wyzwania, to odkrywanie świata przez Małych Odkrywców, są dla mnie czymś fantastycznym. Człowiek zauważa, jak wiele powinien się nauczyć od dzieci. Jak fantastycznie jest cieszyć się każdą nową rzeczą, każdą chwilą. Jak fantastycznie jest przejść z wielkiego płaczu do ogromnego uśmiechu, gdy okaże się, że Misiu jednak da się posadzić :)
Prawda jest taka, że w zasadzie w każdej niemal sytuacji można znaleźć coś dobrego. Coś, co poprawi nam humor chociaż odrobinę. Każde, największe zmartwienie może zostać przesłonięte czymś naprawdę poprawiającym nasz nastrój. Ja, jako Matka odnajduję taką pociechę we wspomnieniach o naszym Tornadzie. Jak z drewnianej łyżki potrafi zrobić pojazd albo z koszyka domek dla widelców i klocka, bo przecież obiad muszą zjeść...
Każdy dorosły, chociażby najbardziej zmęczony i zapracowany na pewno chowa w sobie coś, co może poprawić mu nastrój. Tak jak dzieci, uciec w świat wyobraźni i z rzeczy nijakich zrobić rzeczy wielkie i wspaniałe. Odnajdźmy w sobie coś z dzieci, odkopmy radość życia i zacznijmy się otwierać na świat. To z całą pewnością uleczy nasze dusze i pomoże nam łapać wyzwania za ogon i sprostać im :) Spróbujcie czasem, tak jak ja poturlać się po podłodze, popierdzieć językiem, albo pośpiewać piosenki z dziecinnych lat. To naprawdę działa!
Tak, zebrało mi się na filozofię- mimo wszystko jednak uważam , że coś w tym jest...
Prawda jest taka, że w zasadzie w każdej niemal sytuacji można znaleźć coś dobrego. Coś, co poprawi nam humor chociaż odrobinę. Każde, największe zmartwienie może zostać przesłonięte czymś naprawdę poprawiającym nasz nastrój. Ja, jako Matka odnajduję taką pociechę we wspomnieniach o naszym Tornadzie. Jak z drewnianej łyżki potrafi zrobić pojazd albo z koszyka domek dla widelców i klocka, bo przecież obiad muszą zjeść...
Każdy dorosły, chociażby najbardziej zmęczony i zapracowany na pewno chowa w sobie coś, co może poprawić mu nastrój. Tak jak dzieci, uciec w świat wyobraźni i z rzeczy nijakich zrobić rzeczy wielkie i wspaniałe. Odnajdźmy w sobie coś z dzieci, odkopmy radość życia i zacznijmy się otwierać na świat. To z całą pewnością uleczy nasze dusze i pomoże nam łapać wyzwania za ogon i sprostać im :) Spróbujcie czasem, tak jak ja poturlać się po podłodze, popierdzieć językiem, albo pośpiewać piosenki z dziecinnych lat. To naprawdę działa!
Tak, zebrało mi się na filozofię- mimo wszystko jednak uważam , że coś w tym jest...
Sea Life, oceanarium lub po prostu : Do libek...
Po wszystkich nieprzyjemnościach, jakie przytrafiły mi się w zeszłym tygodniu, takich jak fałszywe oskarżenia i złośliwe plotki, postanowiłam wymyślić coś, co oderwie mnie od tego wszystkiego. I tak sobie idę, i nagle wpada mi do głowy pomysł: Oceanarium!!!! Tak, to jest to, miły dzień spędzony z rodzinką.
W domu od razu zabrałam się za przeglądanie najbliższych "Si lajfów", i po wspólnym namyśle zdecydowaliśmy się na Birmingham. http://www.sealifeeurope.com/local/index.php?loc=birmingham
Maya w nocy napędziła nam niezłego stracha, gdyż źle spała i kaszlała co chwilę. Jednakże, jakże wcześnie rano, jeszcze chyba przed kurami, nasz Promyczek już wołał, że nie ma księżyca i trzeba wstawać. Komu się chce wstawać w niedzielę, nawet nie "skoro świt"????? MAYI...
Ogólne wstawanie zajęło nam sporo, gdyż z domu wyjechaliśmy około 11... Ale co tam, niedziela, dzień wolny- nie ma się gdzie spieszyć.
Gdy dotarliśmy na miejsce, nasz mały Tuptuś mało nóg nie pogubił, tak się spieszył do libek i ziółwi. Mój sobotni pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Może byliśmy trochę zaskoczeni rozmiarami całego Sea Life, wydawało nam się bowiem, że będzie trochę większe, ale i tak miłe uczucie pojawiło się w naszych sercach jak tylko Tajfun zrobił wielkie oczy z zachwytu i zaczął przebierać nogami z niecierpliwości.
No i zaczęło się, nieartykułowane dźwięki zachwytu, okrzyki radości, głośne nazewnictwo bo przecież OOOO, LIBAAAAA!!!!
Największym zainteresowaniem cieszyły się rekiny i żółwie. Szczególnie te największe!
Jak już obejrzeliśmy wszystkie pływające żyjątka, dotknęliśmy żywej rozgwiazdy i przeżyliśmy niezapomniane chwile w kinie 4D (to nie pomyłka, to naprawdę było 4D), a także pobawiliśmy się w małpim gaju zrobiliśmy się głodni.
Postanowiliśmy zwiedzić kawałek miasta i znaleźć jakieś przyjemne miejsce, gdzie nasze wilcze apetyty mogłyby zostać zaspokojone.Miasto, w którym już kilka razy byliśmy zaskoczyło nas nowymi pięknymi widokami. Spacer, mimo przejmującego zimna był prawdziwą przyjemnością.
Zimno nie przeszkodziło nam nawet pobawić się w berka!
W domu od razu zabrałam się za przeglądanie najbliższych "Si lajfów", i po wspólnym namyśle zdecydowaliśmy się na Birmingham. http://www.sealifeeurope.com/local/index.php?loc=birmingham
Maya w nocy napędziła nam niezłego stracha, gdyż źle spała i kaszlała co chwilę. Jednakże, jakże wcześnie rano, jeszcze chyba przed kurami, nasz Promyczek już wołał, że nie ma księżyca i trzeba wstawać. Komu się chce wstawać w niedzielę, nawet nie "skoro świt"????? MAYI...
Ogólne wstawanie zajęło nam sporo, gdyż z domu wyjechaliśmy około 11... Ale co tam, niedziela, dzień wolny- nie ma się gdzie spieszyć.
Gdy dotarliśmy na miejsce, nasz mały Tuptuś mało nóg nie pogubił, tak się spieszył do libek i ziółwi. Mój sobotni pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Może byliśmy trochę zaskoczeni rozmiarami całego Sea Life, wydawało nam się bowiem, że będzie trochę większe, ale i tak miłe uczucie pojawiło się w naszych sercach jak tylko Tajfun zrobił wielkie oczy z zachwytu i zaczął przebierać nogami z niecierpliwości.
No i zaczęło się, nieartykułowane dźwięki zachwytu, okrzyki radości, głośne nazewnictwo bo przecież OOOO, LIBAAAAA!!!!
Największym zainteresowaniem cieszyły się rekiny i żółwie. Szczególnie te największe!
Jak już obejrzeliśmy wszystkie pływające żyjątka, dotknęliśmy żywej rozgwiazdy i przeżyliśmy niezapomniane chwile w kinie 4D (to nie pomyłka, to naprawdę było 4D), a także pobawiliśmy się w małpim gaju zrobiliśmy się głodni.
Postanowiliśmy zwiedzić kawałek miasta i znaleźć jakieś przyjemne miejsce, gdzie nasze wilcze apetyty mogłyby zostać zaspokojone.Miasto, w którym już kilka razy byliśmy zaskoczyło nas nowymi pięknymi widokami. Spacer, mimo przejmującego zimna był prawdziwą przyjemnością.
Zimno nie przeszkodziło nam nawet pobawić się w berka!
Poprzytulać się na mrozie też jest miło!!
Po wszystkich atrakcjach trafiliśmy do Chińskiej restauracji. Zdjęć niestety nie mamy, bo z głodu człowiek myśli tylko o jedzeniu. Pani kelnerka tak się zakochała w Mayi, że nosiła Ją na rękach! Maya dostała nawet od szefa kuchni zwierzątka lody, chociaż takowych nie zamawialiśmy :)
Niestety, czas wycieczki dobiegł końca, ale przed nami jeszcze niejedna wieeelka przygoda!
Szkoda tylko, że mamy tak mało zdjęć Tatusia. Kolejnym razem postaramy się bardziej!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)