piątek, 18 września 2009

Milczenie...

Milczenie jest złotem... A że nie lubię złota to napisałam kilka słówek :)
Moja absencja na blogu wynikała najpierw z wrednej choroby, a teraz jest spowodowana... Urlopem :)
Urlopujemy z Mayeczką w Polsce. Faktem jest, że ten urlop z pewnych względów jest bardzo pracowity, ale zawsze to tereny zielone dookoła domu i troszkę więcej ojczystego języka, że o kuchni nie wspomnę...
Jedyne, czego nam tu brak do szczęscia to nieobecnosć naszego Tatusiomęża. Tęsknimy!!!!
(zepsuła nam się literka s jak slimak :) i nikt nie wie dlaczego...

poniedziałek, 7 września 2009

Konwenanse

konwenans (często w l.mn.: konwenanse) ogólnie przyjęte formy i obyczaje towarzyskie.
Zastanawialiście się czasami, jak dorosły człowiek się zachowuje? Stereotypowo. Bo tego nie wolno, tak nie wypada, tak się nie powinno robić a tak właśnie powinno.
A zastanawialiście się nad zachowaniem dzieci jeszcze nie skażonych tymi konwenansami? Te naturalne wybryki od których nieraz nam się skóra na karku jeży lub robimy się czerwoni ze wstydu? Tylko dlaczego?
Dlaczego naturalność jest czymś nieraz hańbiącym albo czymś źle przyjmowanym?
Przypomina mi się bajka o królu: Nowe szaty Króla . Jak tylko dziecko odważyło się powiedzieć: KRÓL JEST NAGI! Jedyna, nieskażona istotka, która nie zdając sobie sprawy z konwenansów, powiedziała prawdę.
Mogłabym tak nawiązać do wielu rzeczy, które dzieci postrzegają inaczej. Także ja zastanawiam się nieraz nad tym dlaczego muszę wykonywać niektóre czynności tak a nie inaczej?
Dlaczego np. muszę udawać że lubię koleżankę z pracy jak akurat jej nie cierpię i najchętniej wbiłabym jej widelec w oko?
Dlaczego nie mogę sobie normalnie beknąć, skoro powietrze nazbierało mi się w żołądku?
Dlaczego muszę mieć modną fryzurę bo inaczej mnie wyśmieją?
To takie przykłady, wyjęte z kapelusza i znalazłoby się ich jeszcze mnóstwo. Odpowiedź na każde z pytań podałabym następującą: nie muszę, ale... Ale jakbym pokazała koleżance z pracy jak jej nie cierpię zaraz ona by mnie też znienawidziła i mogłaby mi nabruździć i atmosfera w pracy byłaby tragiczna. Bekając głośno naraziłabym się na ogólne oburzenie. Z niemodną fryzurą naraziłabym się na krytykę i śmiech innych a co za tym idzie na smutek lub zamknięcie w sobie. Ludzie nie podejmują takiego ryzyka wikłając się w kolejne stresy, konflikty wewnętrzne i tym podobne efekty oddziaływania ogólnie przyjętych zachowań społecznych.
Wczoraj byłam świadkiem przezabawnej scenu w której udział brała Maya.
Biegała jak zwykle po placu zabaw i nagle jej uwagę przykuła grupa chłopców, mniej więcej 5-6 letnich ( a może starszych- nigdy nie byłam dobra w ocenianiu wieku:) ). Chłopcy tarzali się po trawie, szarpali, ganiali i głośno się śmiali. Nagle moja mała Wędrowniczka wyrwała i zaczęła ganiać dookoła nich ze śmiechem. Jeden z chłopaczków wywrócił się więc i Maya położyła się na trawę. Dwoch pozostałych chłopców widząc to zaczęło się śmiać z tego trzeciego więc i Maya śmiała się w niebogłosy. Gdy ci znowu zaczęli się ganiać, Mayka znowu latała dookoła nich roześmiana, tak długo, aż jej uwagę przykuła inna atrakcja. Chłopcy byli bardzo zdziwieni i rozbawieni i dla nich był to obciach. Rozum matki już wyrywał się aby pobiec do Mayi i powiedzieć jej że tak się nie robi (zakorzenione konwenanse... ) serce jednak podpowiadało, że nie warto reagować. Dla niej to naturalne zachowanie i ona nie widzi w tym nic złego i odnajduje w tym zabawę. Nie wie że to niby obciach, wtrącać się do zabawy nieproszonym. Chłopcy, gdyby nie byli już ukształtowani na pewno pobawili by się z Mayą. Wiem to, bo już nieraz widziałam takie "akcje", jak Maya pięknie się bawiła ze starszymi chłopcami lub dziewczynkami.
Wiem, że wszystkiemu winna jest cywilizacja. Pewne zachowania społeczne zostały stworzone żeby żyło się lepiej. Ale czy rzeczywiście żyje się nam lepiej? Czy czasami nie chce się zachować zupełnie inaczej? Naturalnie? Tak jak podpowiada nam ciało i serce?
Właśnie dlatego tak lubię obserwować dzieci. Nie podoba im się, to gryzą lub biją, płaczą, podoba im się, to cieszą się całym sobą, podskakując, turlając się po ziemi, nawet jak jest ubłocona. Chłoną życie całym sobą i nie przejmują się tym, co powiedzą lub pomyślą inni. Powinniśmy brać z nich przykład. Tylko... Czy nie wsadzą nas do wariatkowa albo nie wyalienują nas ze społeczeństwa?

niedziela, 6 września 2009

Pierogi



Mama wczoraj zaczęła mi coś mówić o pierogach. Bardzo je lubię, bo są smaczne i można je jeść. Nawet rękami! Mówiła że zrobimy ruskie. Nie wiem co to znaczy ruskie, ale chyba będą dobre- w końcu to pierogi!
Już zaczęłyśmy robić farsz jak przyszli do nas goście. Było z nimi bardzo fajnie, ale tak szalałam, że jak poszli to ja zaraz poszłam spać. Rano mama powiedziała mi że będziemy robić pierogi ruskie. No wiem przecież, od wczoraj o tym mówi! Okazało się jednak, że farsz zrobiła jak spałam. Trochę nieładnie tak obiecywać a później nie dotrzymywać słowa, jednak jak się okazuje pierogi to nie tylko zrobienie farszu! Zrobiłyśmy z mamusią na stole warsztat do pracy: tak mama powiedziała. A co to jest warsztat? To takie coś gdzie leży mąka, miska z farszem, dzbanuszek z wodą, takie śmieszne kółko z metalu, pusta miska i folia, co się tak fajnie skleja. Umyłyśmy ręce i mama nałożyła mi fartuszek, żebym się nie ubrudziła. Szkoda, bo to tak fajnie jak się jest brudnym, można potem kąpać się! Albo chlapać w umywalce. Stałam na krześle. Super. Nasypałyśmy mąki do miski a potem wlałyśmy wody- jak fajnie, ciepło. Zaczęłam mieszać tą mąkę z wodą i mama mówiła że ze mnie super gospocha. Nie wiem co to jest- ale to chyba znaczy, że coś dobrze robię więc się nie obrażam. Było bardzo dużo zabawy z tym mieszaniem w misce!
Posted by Picasa

Zrobiła się z tej mieszanki wielka kula, miałam kłopot żeby ją podnieść więc mama mi trochę pomogła. Gniotła to ciasto razem ze mną bo ma trochę większe ręce to jej łatwiej. No i robi to już nie pierwszy raz, nie to co ja! Dostałam wałek żeby z ciasta zrobić placek. Ale ciasto takie wielkie, wałek malutki i w dodatku tak fajnie się robi dziurki w tej kuli!!
No i w końcu mama swoim dużym wałkiem rozpłaszczyłą ciasto i tym takim kółkiem powycinała kółka a ja je układałam na folii! Dużo tego było. Mama mówi że siedemdziesiąt cztery, ale nic z tego nie rozumiem! Jak już miałyśmy przygotowane ciasto to wzięłyśmy się za lepienie. Taka praca to trudna jest, ale jaka fajna! I mama jak chwali- chyba jestem dobra kuchareczka! Lepienie zajęło trochę czasu. Ulepiłam jednego pieroga i zachciało mi się biegać. Tyle się nastałam, że chyba mam prawo? 
Ja nie wiem, jak mama to robi ale nie został ani kawałek ciasta ani nawet troszkę farszu. Wszystko tak dokładnie wymierzyła. Nie ważyła nic, nawet dała mi wcześniej podjeść i nie zabrakło! Podobał mi się efekt niemal końcowy tego lepienia. 
Potem mama troszkę złościła się, bo chciałam jeść te pierogi. Mówiła że surowe. A co to znaczy surowe? Fakt, że ciasto takie gumowe troszkę było. Obiecałam, że poczekam aż się ugotują, ale tak bardzo chciałam spróbować, ze jeszcze kilka razy podchodziłam po cichutku do stołu... Za każdym razem musiałam odkładać pieroga...
W końcu doczekałam się! Rodzice pozwolili mi wybrać czy chcę pierogi z cebulką czy ze śmietaną. Pewnie, że ze  śmietaną. Śmietana jest taka dobra! A te pierogi co dostałam! Pyszne. I jak fajnie wyglądały. Inaczej moje a inaczej tatusia. I tatuś miał więcej- bo on duży jest i do pracy idzie. 
 
Jadłam te pierogi ze smakiem. W dodatku przecież sama je robiłam- więc wstyd by było nie zjeść! No tak, mamusia też robiła- ale tylko mi pomagała dzisiaj.

 Talerze- mój i taty były puste! 

Tata zażyczył sobie dokładkę. Jak tata może to ja też, przecież po pracy człowiek głodny!
Drugą porcję też zjadłam ze smakiem!

Tak się najadłam, że aż musiałam to wybiegać. I wybiegałam! W parku. W parku fajnie jest, bo można ganiać się nie tylko z mamą i tatusiem. Można się też ganiać z wiewiórkami i gołębiami. Można też udawać dinozaura! O, i w parku można znaleźć wiele skarbów, jak na przykład patyczki! Piękne one są!

To był fajny dzień, i słoneczko ładnie świeciło, i po trawie się turlałam, nazbierałam skarbów no i oczywiście zrobiłam i zjadłam obiad!

"W tak pięknych okolicznościach przyrody...

I tego... Niepowtarzalnej, pan pozwoli, i pani również, że pójdę po swoją małżonkę"
Cytat z Rejsu, i owszem, ale ja właśnie chciałam tu napisać o pięknych okolicznościach przyrody, których niestety nie miałam okazji być świadkiem (poszłam po małżonka ? ;) ). Jednakże, pełna emocji relacja, pomogła mi wyobrazić sobie jak niesamowite było to przeżycie.
Dzwonię o domu, do Mamy, zapytać co u nich i nagle słyszę w słuchawce- głośno, jak Mama woła Tatę, żeby szybko, ale to natychmiast przyszedł. Uszy mi odpadły- to fakt, ale za chwilę słyszę:
- Zobacz, całe stado przepiórek, ile ich! Ale super!
- Przepiórki- pytam? U was? Niech Tata robi zdjęcie i wysyła, proszę! Tylko nie spłoszcie. Bardzo chcę zobaczyć!
I rozłączamy się. Mama z planem nakarmienia ptaszków prosem a ja z zazdrością wyobrażając sobie ten widok. Może z tą zazdrością to przesadziłam. Było mi po prostu troszkę żal, iż nie mogłam tego zobaczyć. A faktycznie było co oglądać.
Zapewne zdjęcie nie oddaje w pełni widoku, jaki było dane oglądać moim Rodzicom. Pomyślcie jednak. Osiedle domków, uliczki i to stado przepiórek. Przyroda wariuje, czy może po prostu te kuraki wybrały się na wędrówkę? Zawsze uwielbiałam być blisko z przyrodą. A dzięki ogrodowi, który mamy w Polsce miałam już okazję zobaczyć wiele gatunków zwierząt, o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia... Nie wspomnę już o robaczkach, okropieństwo, ale za to jaka różnorodność.
Jak się później okazało, po wnikliwym śledztwie te ptaszki to... KUROPATWY :) Hihi!
:)

piątek, 4 września 2009

Sztuka kamuflażu

Maya wciąż próbuje do perfekcji dopracować sztukę kamuflażu. Udaje się to jej naprawdę nieźle:
 
Wystarczy jednak zapytać:
- Gdzie się ta Maya schowała, no nigdzie jej nie ma...
I kamuflaż, nawet najlepszy okazuje się być zbyt niecierpliwy ;)

wtorek, 1 września 2009

Kolejność rzeczy...

Wszystko zaczęło się od wyprawy do pewnego pięknego, angielskiego miasteczka- Tring. Dziadek naszego Tornada zabrał nas na bardzo miłą wycieczkę, by pokazać nam pływające, mieszkalne barki.
Zanim jednak poszliśmy podziwiać te pływające domki poszliśmy do kawiarni. Tam, oprócz owocowego koktajlu, który zamówili dorośli natknęliśmy się na pięknie wyglądający, pełen pyszności batonik- dla Mayi. Nie próbowałam, jak smakuje ale moja wyobraźnia kulinarna zapamiętała ten pomysł i już zaczęła tworzyć recepturę w głowie. Postanowiłam jednak skorzystać z porad fachowców, gdyż tzw flapjack to jeden z angielskich przysmaków. Znalazłam przepis i... Oczywiście przerobiłam go na swój sposób a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. 
Oto mój przepis, chociaż przyznaję, że sporo zerżnęłam ze strony BBC :) 
Flapjack- rozmaitości
Przygotowanie:
250 gram masła- niesolonego (w Anglii większość jest solona...)
200 gram brązowego cukru (zwykły też się nada, więc spokojnie)
250 gram miodu
400 gram płatków owsianych (najlepiej tych drobniejszych, gdyż te duże trudniej nasiąkają i w efekcie mogą 
      być twarde)
100-150 gram wspaniałości, czyli : pestki dyni, sezam, pestki słonecznika, siemię lniane, rodzynki, orzechy laskowe, orzechy pistacjowe, morele suszone, figi suszone, wiśnie suszone, śliwki suszone) W zasadzie pełna dowolność- co kto lubi, jednak składniki w różnorodności, w batoniku wyglądają cudnie.
Orzechy można posiekać, jeśli ktoś boi się o zęby. Figi, morele, śliwki- należy pokroić w paseczki albo w kostkę. 
Wykonanie:
Masło z cukrem i miodem roztapiamy w garnku lub na dużej patelni. Robi się z tego fajna piana jak zaczyna wrzeć :) Można spróbować zarumienić, ja jednak odpuściłam dłuższe rozgrzewanie i dorzuciłam płatki.
Płatki wymieszać z płynem, porządnie, tak by nie było widać ani jednego suchego miejsca. Poprażyć ze 2 minutki i dorzucić bakalie, również porządnie mieszając. W zależności od gęstości masy można dosypać jeszcze płatków lub bakalii. Trzeba mieć jednak pewność, że wrzucone płatki dadzą radę nasiąknąć- inaczej wyjdą suche wióry. Podprażoną 3-4 minuty masę należy wyłożyć na blachę wyłożoną papierem pergaminowym i wyrównać. W zależności od wielkości blachy nasz flapjack może być gruby lub cienki. Ja robiłam na blaszce 20x30 cm. 
Dopieszczanie:
Wyłożoną masę można zostawić samą sobie, do stężenia, można też włożyć ją do piekarnika na 15-20 minut i podpiec, w temperaturze 180 stopni C na złoty kolor. Ja piekłam 5 minut bo uznałam że i tak wygląda to pięknie.
Krojenie: Ja kroiłam na batoniki i kostkę masę jeszcze ciepłą, ale myślę że masa zimna, też będzie się ładnie poddawała krojeniu.
Konsumpcja:
Efekt przerósł moje oczekiwania! Flapjack wyszedł tak pyszny, że chciałoby się zjeść wszystko naraz. Jest to spora porcja kalorii więc raczej się powstrzymuję. Jest to świetna przekąska dla mózgu i bardzo dobry sposób na szybką porcję energii i witamin. Piotrek o walorach smakowych mojego wyrobu również wyraził się pochlebnie- bardzo dobry!
A jak Maya zareagowała na flapjacki? Każda Mayi wizyta w kuchni to prośba: 
-Flapdzieka ciem, mama, plosie badzio!
No, i jak tu nie dać? No i jak tu nie podjadać jak to takie pyszne!!


Posted by Picasa

Skąd się bierze burza- czyli bajka uspokajajka...


Pewnego dnia nasze małe Słoneczko obudziło się za sprawą ogromnego huku po piorunie. Na nieszczęście, nie było nikogo w sypialni więc strach był podwójny. Płacz, przytulanie, ogromny strach naszego Tornadka poddał mi pewien pomysł. Co zrobić, żeby Maya nie bała się burzy, uspokoiła się? Opowiedziałam Jej bajkę:


Były sobie dwie białe, wesołe chmurki, które bardzo przyjaźniły się ze sobą. Jednak największym ich przyjacielem było Słoneczko. Chmurki prześcigały się w pomysłach- jak sprawić słoneczku przyjemność. Pewnego dnia, obie w jednym czasie przyszły z darami dla słoneczka. Pierwsza- Obłoczek- podarowała Słoneczku bukiet pięknych polnych kwiatów, druga- Mgiełka- podarowała mu wielki kosz łakoci. Słonko bardzo się cieszyło z obu darów i pięknie chmurkom podziękowało. Chmurki jednak, po wyjściu od Słonka patrzyły na siebie ze złością. Z tej złości zaczęły się robić szare. 
- Mój prezent był ładniejszy!!- powiedział Obłoczek
- Nie wydaje mi się!- powiedziała Mgiełka- a nawet jeśli, to mój był smaczniejszy!
- Ale z mojego prezentu Słoneczko ucieszyło się bardziej!- krzyknął Obłoczek, a temu krzykowi towarzyszył błysk złości i grzmot
- To nieprawda!!!!!!- oburzyła się Mgiełka- to z mojego prezentu Słonko było bardziej zadowolone!!- także temu krzykowi towarzyszył błysk i grzmot.
Ze złości obie chmurki zrobiły się niemal czarne i co rusz z nich błyskało i grzmiało. Tak bardzo się pokłóciły, że zaczęły płakać a woda, wraz z piorunami i grzmotami leciała na ziemię. 
Słonko, które zdążyło kwiaty od Obłoczka ustawić w wazonie a także zjeść pyszny deser złożony z łakoci od Mgiełki otworzyło okno i zadrżało- widząc co się dzieje na dworze. Bało się, bo nie wiedziało co się dzieje. Dopiero po chwili zobaczyło, iż jego przyjaciółki zmieniły się nie do poznania. Z białych  zrobiły się czarne, paskudne chmurzyska i dalej się sprzeczały! Pobiegło czym prędzej do nich, żeby zobaczyć co się stało. 
Chmurki nawet nie zauważyły, że Słonko spogląda na nie surowo i dalej sprzeczały, wylewając łzy, błyskając i grzmiąc. W końcu Słoneczko krzyknęło!
- Co się z wami dzieje, kochane? Czy widzicie co robicie? Czy wiecie jak bardzo was wszędzie słychać?
Pierwsza odezwała się Mgiełka
- Bo Obłoczek powiedział że jego prezent bardziej ci się podobał!
Obłoczek, wciąż wściekły i zapłakany wykrzyczał:
- A Mgiełka powiedziała że to nieprawda!
Słoneczko, mimo iż sytuacja nie była wesoła, uśmiechnęło się pięknie, aż chmurki ze zdziwienia przestały błyskać i grzmieć- to taki piękny widok jak Słonko się uśmiecha- i przemówiło:
- Moje głuptaski! Moje małe, śilczne głuptaski... Oba prezenty podobały mi się tak samo- były piękne i były akurat tym, czego potrzebowałem! Mam teraz cudny bukiet, dzięki któremu pokój wygląda olśniewająco, a także łakocie, żeby mi się przyjemniej ten widok podziwiało. No, spójrzcie na siebie. Z pięknych białych chmurek zrobiły się z was brzydkie, czarne, straszne chmurzyska! I ten hałas! Wystraszyłyście chyba bardzo dużo dzieci! 
- Ojej... Faktycznie głuptaski z nas- powiedział Obłoczek
- Taaak, to prawda- załkała Mgiełka, roniąc ostatnie łezki- Przepraszam cię Obłoczku. A ciebie Słonko przepraszam za tą sytuację i zarazem dziękuję za to, że jesteś i zawsze nas wspierasz!
- Właśnie!- powiedział Obłoczek- Mgiełko, wybacz mi. Ja także chcę ci podziękować Słoneczko. Wychodzisz zawsze, żeby dodać nam otuchy i rozweselasz. A jak jest nam źle to tak pięknie się uśmiechasz, że wszystkie smutki odchodzą w zapomnienie.
Chmurki odzyskały swój biały kolor a Słoneczko dumnie świeciło. Nie było już żadnych błysków i grzmotów tylko dobry humor.
KONIEC
:)