niedziela, 6 grudnia 2009

Londyn... Nie ma takiego miasta, jest Lądek, Lądek Zdrój...

Pewnej pięknej soboty mój Mąż jedyny zabrał nas- swoje dziewczyny na fantastyczną wycieczkę . W Londynie odbywał się kiermasz świąteczny, żeby było śmieszniej- German Christmas Market...
Korzystając z tego, że jest sobota, więc za wjazd na teren Londynu płacić nie trzeba- zapakowaliśmy się w samochód, i w drogę. Dzięki temu, że większość trasy już znaliśmy dotarliśmy na miejsce bez błądzenia.
Gdy wysiedliśmy z samochodu uderzył nas.... Straszliwy mróz... Zimno nie było jednak w stanie nas przerazić! Co jak co, ale prawdziwy podróżnik pogody się nie boi! Na wielkie szczęście okazało się, że jak tylko wyszlismy z podziemnego parkingu zrobiło się cieplej. Słonko gdzieś tam cichutko podglądało nas zza chmurek a jesienne liście pięknie wirowały na ulicach. Parking mieścił się tuż pod naszym miejscem docelowym, więc wydawałoby się, że nie będziemy musieli daleko chodzić. Okazało się jednak, że Londyn jak zawsze potrafi nas nieźle zaskoczyć. W poszukiwaniu tak prozaicznej rzeczy jak BANKOMAT, przemierzyliśmy kawał drogi... W końcu misja zakończyła się sukcesem, i jak dzielne tuptusie powędrowaliśmy do Hyde Parku, gdzie mieściły się wszystkie te atrakcje. Było głośno, tłoczno, ale jak tylko zobaczyliśmy te stragany, karuzele, kioski, sklepiki... Hałas w ogole do nas nie docierał.


Wydawać by się mogło że bardzo łatwo zapanować nad łakomstwem, jednakże... Jak tylko zobaczyłam te szaszłyczki owocowe polane różnymi rodzajami czekolady... Nie mogłam się powstrzymać! Nasza Córa, która wszystkim tym była jeszcze lekko oszołomiona jak tylko zobaczyła co przynoszę od razu wyciągnęła rączki po owe przysmaki. Była tak zajęta jedzeniem, że cały świat dokoła wydawał się nie istnieć. Udało nam się uwiecznić to na zdjęciu.

Nie da się ukryć, że gustami bardzo się z moim mężem różnimy. Ja preferuję przysmaki słodkie, ciastowe i tym podobne- On natomiast jest wielkim fanem mięska w każdej postaci. Nic dziwnego, że jak tylko pojawił się pieczony świniaczek- zaraz to ten właśnie stragan przykuł jego uwagę.

Maya nie próżnowała, czekając aż Tatuś wreszcie się posili i oddała się tańcom połamańcom, wczuwając się całą sobą w panujący radosny- świąteczny (co z tego że w Listopadzie) nastrój...



Tuż za rogiem znalazła się WIEEEEEEELKA atrakcja! Tak wielka, że o większej marzyć nie można było. ZJEŻDŻALNIA! Jakaż była radość móc zjechać z tak wielkiej ślizgawki gdzie jadąc wielkim pędem podskakuje się na górkach! Maya nieustraszona, nawet na chwilę nie zagościł u niej strach. Mało tego, widać było, że chciałaby zjechać jeszcze raz... Po zobaczeniu tej ślizgawki- czy ktoś się temu zdziwi????

Po zwiedzeniu jeszcze kilku straganików na których aż roiło się od wspaniałości, po zjedzeniu jeszcze kilku pysznych i kalorycznych rzeczy...


Przyszła kolej na jeszcze inne atrakcje... Karuzela :) Ponieważ Maya nie mogła się zdecydować na czym pojedzie na małej karuzeli- samochód, kareta księżniczki, motocykl, rumak, kangur, żyrafa, karoca, lew, pies tygrys... Zdecydowaliśmy się na... pingwina :)
Początki były ciężkie, łzy w oczach, panika, nawet ukochany miś nie pomógł, jednakże... Jak tylko pan troszkę ruszył karuzelę, żeby ułatwić wejście innym dzieciom... Zaczęła się zabawa! W zasadzie to chyba za krótko jechała ta karuzela, bo nasza Córa chyba czuła lekki niedosyt...


Niestety, wszystko co piękne wkrótce się kończy. Czas było wracać do domu...
Mimo pogody, która bardzo nam się pod koniec zepsuła- w wyśmienitych humorach podążaliśmy na parking.


Kolejna udana wycieczka za nami. Ciekawe czym nasz Tatusio- Mąż wkrótce znowu nas zaskoczy :)
Dziękujemy!

1 komentarz: