sobota, 20 lutego 2010

Sea Life, oceanarium lub po prostu : Do libek...

Po wszystkich nieprzyjemnościach, jakie przytrafiły mi się w zeszłym tygodniu, takich jak fałszywe oskarżenia i złośliwe plotki, postanowiłam wymyślić coś, co oderwie mnie od tego wszystkiego. I tak sobie idę, i nagle wpada mi do głowy pomysł: Oceanarium!!!! Tak, to jest to, miły dzień spędzony z rodzinką.
W domu od razu zabrałam się za przeglądanie najbliższych "Si lajfów", i po wspólnym namyśle zdecydowaliśmy się na Birmingham. http://www.sealifeeurope.com/local/index.php?loc=birmingham
Maya w nocy napędziła nam niezłego stracha, gdyż źle spała i kaszlała co chwilę. Jednakże, jakże wcześnie rano, jeszcze chyba przed kurami, nasz Promyczek już wołał,  że nie ma księżyca i trzeba wstawać. Komu się chce wstawać w niedzielę, nawet nie "skoro świt"????? MAYI...
Ogólne wstawanie zajęło nam sporo, gdyż z domu wyjechaliśmy około 11... Ale co tam, niedziela, dzień wolny- nie ma się gdzie spieszyć.
Gdy dotarliśmy na miejsce, nasz mały Tuptuś mało nóg nie pogubił, tak się spieszył do libek i ziółwi. Mój sobotni pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Może byliśmy trochę zaskoczeni rozmiarami całego Sea Life, wydawało nam się bowiem, że będzie trochę większe, ale i tak miłe uczucie pojawiło się w naszych sercach jak tylko Tajfun zrobił wielkie oczy z zachwytu i zaczął przebierać nogami z niecierpliwości.
No i zaczęło się, nieartykułowane dźwięki zachwytu, okrzyki radości, głośne nazewnictwo bo przecież OOOO, LIBAAAAA!!!!
 
 

Największym zainteresowaniem cieszyły się rekiny i żółwie. Szczególnie te największe!

Jak już obejrzeliśmy wszystkie pływające żyjątka, dotknęliśmy żywej rozgwiazdy i przeżyliśmy niezapomniane chwile w kinie 4D (to nie pomyłka, to naprawdę było 4D), a także pobawiliśmy się w małpim gaju zrobiliśmy się głodni.
 
  
  
  
 

Postanowiliśmy zwiedzić kawałek miasta i znaleźć jakieś przyjemne miejsce, gdzie nasze wilcze apetyty mogłyby zostać zaspokojone.Miasto, w którym już kilka razy byliśmy zaskoczyło nas nowymi pięknymi widokami. Spacer, mimo przejmującego zimna był prawdziwą przyjemnością.
 
 
Zimno nie przeszkodziło nam nawet pobawić się w berka!
 
  
Poprzytulać się na mrozie też jest miło!!

 
Po wszystkich atrakcjach trafiliśmy do Chińskiej restauracji. Zdjęć niestety nie mamy, bo z głodu człowiek myśli tylko o jedzeniu. Pani kelnerka tak się zakochała w Mayi, że nosiła Ją na rękach! Maya dostała nawet od szefa kuchni zwierzątka lody, chociaż takowych nie zamawialiśmy :)
Niestety, czas wycieczki dobiegł końca, ale przed nami jeszcze niejedna wieeelka przygoda!
 
Szkoda tylko, że mamy tak mało zdjęć Tatusia. Kolejnym razem postaramy się bardziej!!

2 komentarze: