Po bardzo pracowitej sobocie przyszła gorąca, słoneczna niedziela.
Tornado rozpierane energią od rana, zaczęło szaleć, więc musiałam wymyślić coś, co zajmie ją na tyle, by chociaż odrobinę tej energii spożytkowała... Wymyśliłam kąpiel słoneczną na farmie, gdzie samemu można sobie pozbierać owoce i warzywa. Strzał w dziesiątkę. W samochodzie pytałam się Panny Milczyńskiej czy się przypadkiem nie obraziła, bo nie wypowiedziała ani jednego słowa. Odpowiedziała
- Nieee, oglądam owieczki!
No tak, a ja dziecku przeszkadzam, jakimiś głupimi pytaniami, podziwiać naturę.
Ponieważ na farmie byliśmy już nie po raz pierwszy, gdy tylko dotarłyśmy na miejsce, zaraz usłyszałam okrzyki: Agrest! Truskawki! Porzeczki!
Moje tłumaczenie, że już dawno po sezonie na te owoce, dziecię moje zareagowało zawiedzionym
- Ooooł!
Z siłą wodospadu otworzyła drzwi samochodu żeby wysiąść i żywo zabrała się za szukanie odpowiedniej taczki. Każda była brudna w środku. Wypatrzyłam jedyną czystą i w ostatniej chwili udało mi się powstrzymać Pannę Skoczkę przed wskoczeniem do tej taczki.
I tak oto na farmie:
Ja zbierałam maliny- Maya je podjadała lub zbierała kwiatki.
Ja zrywałam słonecznik- Maya zawierała nowe przyjaźnie.
Ja wygrzebywałam buraczki- Maya zapoznawała się z obsługą wideł.
Ja próbowałam wydłubać z ziemi pietruszkę- Maya zapoznawała się z budową kłosa żyta.
Ja dłubałam widłami w ziemi w celu wydobycia marchwii- Maya biegała dookoła taczki.
Ja zbierałam kukurydzę- Maya... Pomagała!
Ja buszowałam w kalafiorze- Maya sprawdzała zawartość taczki.
Ja po pora- Maya w pomidory.
Ja po brokuły- Maya po reklamówkę, bo mi zabrakło.
Cebulę już zbierałyśmy razem, chociaż jakże nudne staje się to zajęcie po 30 sekundach, kiedy wokół tyle kwitnących chwastów.
Przy okienku, kiedy pani ważyła naszą zdobycz, zorientowałam się, że Tornado oddaliło się w ściśle znanym mi kierunku- mianowicie placu zabaw. Za mną gigantyczna kolejka, taczka mi się wykoleiła, nikt nie pomógł, potem w ręku dwa lody i 50 reklamówek do zapakowania do taczki a Mayki nie ma. Jednakże... Kobieta potrafi. Z cieknącymi po ręce lodami załadowałam taczkę, zawołałam Tornado, oddałam jednego loda a później wzięłam reklamówkę i poleciałam zbierać... Kasztany.
Pozbierałyśmy całą zdobycz i zapakowałyśmy torby do samochodu. Pognałyśmy do domku, bo tam już niemal czekali na nas sympatyczni goście.
Po gościach przyszedł czas na zakupy i odpoczynek.
Z całą pewnością mogę stwierdzić- to była bardzo pracowita, ale fajna niedziela!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz